niedziela, 20 lutego 2011

Poza granicami bajek o miłości

 You're so fragile tonight
Been up hurting all night
It's not trivial like they think
Yes you're desperate and you're hurt

Śnię sen, który stanowi wyrwę w rzeczywistości. To sen w kolorze granatowym.

Przebudziłam się w granatowej, miękkiej ciemności. Naga, pod ciężką pościelą. Ciężkie zasłony tłumiły blask tego co na zewnątrz. Wiedziałam, że jestem daleko od żywych ulic, od miasta. Nie powodowało to we mnie lęku.

Byłam fizycznie odmieniona, choć moje ciało pozostawało takie samo jak to uśpione, ponad taflą granatowej wody snu. Zmiana pochodziła z wewnątrz, z głębi, spomiędzy narządów wewnętrznych, dróg rodnych. Miałam jedynie o parę piegów więcej, rozsypanych na nagich ramionach i twardszy, mocniejszy brzuch. Biała skóra świeciła w ciemnościach mocniej niż wzburzona pościel. Dotknęłam włosów. Podsunęłam kosmyk pod nos by przekonać się czy są wciąż czarne. Były. Czarniejsze niż smoła, czarniejsze niż miękka, pieszczotliwa ciemność.

Leżysz po mojej lewej ręce. Odwracam się w twoją stronę, ukrywając twarz w zagłębieniu ramienia. Spokojnie oddychasz przez sen. Wyciągam rękę. Przesuwam palcami wzdłuż kręgosłupa. Liczę mocne mięśnie pleców. Zanurzam palce w ciemnych włosach. Wierzchem dłoni gładzę kark. Mój dotyk budzi Cię. Przez chwilę niepokoję się. Spodziewam się, że z granatowej ciemności wyłoni się twarz pełna nienawiści, zaskoczona moją obecnością.

Nie jestem intruzem we własnym domu. W domu moich dzieci.

Uśmiechasz się do mnie. Moja dłoń dotyka uśmiechniętych ust i wciąż spuchniętych powiek, by utwierdzić się w przekonaniu, że nie jestem w stanie Cię zniszczyć. Cieszysz się że mnie widzisz. Podoba Ci się to, że obudziłam Cię w samym środku nocy. Przyciągasz mnie do siebie. Ślizgam się po pościeli. Jestem dużo mniejsza do Ciebie. Ukrywasz mnie pod sobą. Przykrywasz swoim ciałem, niczym kolejną warstwą snu. Nic nowego. To wydarzyło się już tysiące razy i wydarzy się kolejny raz. Jednak dla mnie to jest zupełnie nowe.

Płaczę schowana głęboko pod Tobą. Jak pogrzebana żywcem. To są ciepłe łzy. Dobre łzy. Jak atrament sączący się ze słów których nie nauczyłam się wypowiadać. Przy Tobie mogę spokojnie opłakiwać świat, uśmiechając się przez łzy. Przy Tobie nie muszę robić nic, tylko być sobą.

Nie dam Ci kogoś kto nigdy nie będzie miał wyboru. Kto nie będzie mógł przed nami uciec.

W moim domu zamieszkała śmierć. Wyjmuje z walizek pamiątki cudzego dzieciństwa i wmawia mi, że byłam wtedy szczęśliwa. Gdy protestuję, śmierć zaczyna rzewnie płakać. Z silnej kobiety śmierć zmienia się w małą staruszkę. Zmienia swój zapach. Zapach który podobno uwielbiałam jako mała dziewczynka, a którego nie mogę sobie przypomnieć. Zupełnie jakby moje dzieciństwo zupełnie nie istniało. Zawsze bałam się, że śmierć jest równie bezradna co nieuchronna. Więc zamykam się na klucz i nasuwam na zmęczoną głowę sto warstw granatowego snu. Aksamitnego jak futro kota, którego całe życie nikt nie chciał i który przepadł bez wieści. Za dnia tęsknię za snem. Nocą kot przychodzi by mnie dręczyć.

Pożądanie pojawia się jak ciepły, wilgotny podmuch pomiędzy nogami. Oddech pochodzenia tropikalnego. Bez przemocy. Jest jak łagodne zwierzę łaszące się zapraszająco do rozsuwających się kolan. Zwierzę kiedyś groźne, drapieżne, krwiożercze. Zwierzę, które oswoiłaś jedną ręką. W chłodzie samotnej sypialni.

Zaczynam nasłuchiwać. W myślach liczę twoje kroki. Wyobrażam sobie jak nasuwasz na pięty wyjściowe pantofle, które będziesz zdzierać na brudnym bruku tej ulicy zapomnianej przez nurt miasta. Ulicy nad rzeką, ulicy przy której mieszkam.

Każdej nocy wspinasz się po ścianie mojego domu. Ostrożnie uchylasz okno. Na bosaka balansujesz na krawędzi parapetu. Chwilę gonisz się z własnym cieniem. Zakradasz się do mojego łóżka i bezszelestnie wsuwasz się pod kołdrę. Ukrywasz swoje duże dłonie pod policzkiem, który pachnie iskrzącym się pudrem, ptasim mleczkiem. Otwierasz szeroko błękitne oczy. Sztuczne rzęsy dotykają nasady brwi. Czasem muskasz mnie gładkim kolanem w staromodnej pończosze. Ale to wszystko. We wrzących głębinach, które pienią się wokół mojego ciała nie dzieje się nic. Uśmiechasz się łagodnie, patrzysz na mnie. Ja też patrzę na Ciebie, niczym lustro odbijając łagodny uśmiech, kurczowo zaciskając zmęczone dłonie na brzegu grubej kołdry. I tak całą noc. Co noc. Dopóki poranek nie zmusi mnie do przebudzenia. Gdyby nie setka porannych rytuałów, pieczołowicie odtwarzanych w określonej kolejności, zwariowałabym. Straciłabym ostatnią cząstkę zdrowego rozumu.

2 komentarze:

Renate pisze...

Lubię zanurzać się w Twoje historie..czasami znajduję tam coś mojego: strzęp wspomnienia, przebłysk tego co będzie..dzięki..

Labryska pisze...

Coś się chyba tu święci ;) zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl