niedziela, 16 stycznia 2011

CANDY CANE [4]

CANDY CANE [4]

[peter pan girl]

Czasem rozmawiam z Tobą, kochana Doxxa. Wiem, że Twoja historia potoczyła się inaczej niż historia Annie Dog, mojej drugiej nastoletniej flamy. Wiem, że nigdy nie sprzeniewierzyłaś się temu o czym marzyłyśmy. Tak jak ja, masz odwagę by być tym czym chciałyśmy być. Lubisz być odmieńcem. Wierzę w Ciebie. Jesteś moją czarną jaskółką.

Opowiadam Ci o pracy nad Książką. O tym jak kobiety są uwikłane w fatum posiadania. O tym jak nie umiem unieść się ponad siebie i z lotu ptaka nabrać dystansu do swoich pragnień. Miłość obsesyjnie powraca jako temat nadrzędny. A chciałbym być twarda jak Bret Easton, nieustępliwa jak Chuck, odważna jak Eugenides. Barokowo malarska jak Fresan. Folklorystyczna jak McCabe. Precyzyjna jak Ellroy. Nikt ich nie podejrzewa o to, że w swoich najlepszych książkach pisali o sobie, a nawet jeśli, nie można z tego uczynić zarzutu. Być autentycznym w oddaleniu od własnych potrzeb. Obwiniam swoją płeć, z której nie umiem się wyzwolić. Tak jak ty Doxxa. Tak jak ty się wyzwoliłaś. Czasem nie umiem UNIKNĄĆ bycia kobietą.
Opowiadam Ci o kochankach, o których nie mówię nikomu. O ślicznościach spadających do ust jak landrynki, toczące się z niebiańskich wysokości. Przy Tobie nie muszę być dyskretna. Przy Tobie mogę być ekshibicjonistyczna. Aż do mięsa.
Opowiadam Ci o strachu, o tym jak czasem goni mnie czas. Czas nigdy między nami nie istniał. Doxxa jesteś moją Piotruś Panną. My Peter Pan Girl.
Opowiadam Ci jak znów spotykam te wszystkie dziewczęta, które nie chcą mnie znać. Niektóre z nich poznałaś niemal osobiście. C. z którą sypiałam w jednym łóżku. W Miedzy Nami otarła się o mnie ramieniem i nie chciała na mnie spojrzeć ze stolika obok. Nigdy nie pozwoli się przeprosić. Jej strata zawsze będzie bolała. Dowód na moją niedojrzałość, na moje nie-dorastanie. Dowód na moje wieczne nastolęctwo. A. niedomyta, jak zawsze z nieodłączną P. przy boku. Otoczone stosami książek na ławce pod BUWem. Ja z cytrynówką w kieszeni i kobietą pod pachą, w skacowane, sobotnie przedpołudnie. W czarnych okularach, opowiadamy sobie świństwa na ucho, trochę słaniamy się, trochę całujemy. Ja kontra S&P. Nadal obrzucamy się wzrokiem pełnym wyższości, nadal konkurujemy, chociaż nasze drużyny nigdy się nie spotkają. Ja dziwniejsza niż dziwna, pozerka. One niedopieszczone kujonki z niedepilowanym wąsem. Chociaż spałyśmy kiedyś w jednym łóżku. Spałam z nimi wszystkimi. Wszystkich imion, wszystkich grzechów nie pamiętam.

Dochodzimy do sedna opowieści. Do sceny, w której na kinowej sali zapada martwa cisza. Pośród ciszy niesie się Twoje przyśpieszone tętno. Wiedziałam, że coś będzie nie tak. Czułam to już o poranku gdy otworzyłam oczy. Czułam gdy pakowałam walizkę. Czułam, czułam dotkliwie, że zbliżamy się do finału. Zanim wyruszę na dworzec, w kerfurze kupuję Ci karton fajek, dużo, dużo tańszych niż w kraju, w którym na stałe mieszkasz. Marlboro lights. Wtedy jeszcze wymawiam Malboro… a nie Marlboros, jak szklane kulki toczące się wzdłuż smugi papierosowego dymu, drabiny do gwiazd.

Melduję się w pokoju hotelowym. Dziewczyna ze środkowej europy, zawsze dziewczyna z prowincji. Pierwszy raz jestem w takim miejscu. Teraz wiem, że to zaledwie dwie gwiazdki. Wtedy wydawały się pałacowymi wnętrzami. Gładkie powierzchnie, biała łazienka z wielką wanną. Szerokie małżeńskie łoże. Robiłam się wilgotna na myśl o ciałach przerzuconych w poprzek. Wilgotna na myśl o zabrudzeniu prześcieradeł. O byciu lekkomyślnie nieostrożną. Usiadłam na samym brzegu. Ściągnęłam trampki, w których chodziłam na co dzień do szkoły. Zapach przepoconych stóp zawstydził mnie. Chciałam otworzyć okno, ale we framugach nie było klamek. Klimatyzacja szumiała cicho. Czekałam na Ciebie Doxxa. Bałam się wyjść żeby niczego nie przegapić, chociaż zmierzch nad twoim rodzinnym miastem kusił mnie. Czekałam na ciebie Doxxa, wiele godzin. Ze skrzyżowanymi stopami, na brzegu hotelowego łóżka. Nie przychodziłaś. Ośmieliłam się zapalić papierosa. Ośmieliłam się zrobić sobie dobrze, nie mogąc znieść napięcia. Żaden inny sposób zabicia czasu nie przychodził mi do głowy.
Włączyłam telewizor. Nastawiłam kanał porno, ale wyciszyłam dźwięk. Wzięłam dwie małe buteleczki ballantinesa z mini barku. Oblizywałam małe szyjki, do ostatniej kropli pachnącej benzyną, myśląc o twoim pępku. Zwarta i gotowa każdy mięśniem. Wciąż nie przychodziłaś. Nie mogłam dotkliwiej odczuwać twojego braku.
Zadzwonił ktoś z obsługi hotelowej, pytając czy wszystko w porządku. Co miałam powiedzieć? Never been better, wydukałam pełna nadziei.
Siedziałam w wannie. Umyłam i wygoliłam wszystko co było do umycia bądź wygolenia. Szlochałam cicho pośród obłoków białej pary. Nuciłam „church of man’s love is such a holy place to be”.  Wtedy usłyszałam trzask drzwi.
Szybko omotałam się białym ręcznikiem wielkości niedzielnego obrusa. Mokre, rude włosy wątłymi płomyczkami lepiły się do szyi. Na palcach zakradłam się do dużego pokoju, w którym nagle pogasły wszystkie światła. Oświetlona jedynie  pomarańczowym blaskiem ulicy szeptałam „ Doxxa, doxxa, motherfucker, i’m after you … ”

Siedziałaś pod ścianą, tuż obok telewizora wyświetlającego zielono żółtego pornosa. W rozchełstanej czarnej koszuli. Też miałaś mokre włosy, poplątane w czarne supełki na wysokości twarzy. Zamknięte smoky eyes. Szczuplutka, śliczna laleczka, najwyraźniej całkowicie najebana. W dłoni trzymałaś niemal pusta butelkę z czarną naklejką zadrukowaną białymi literami.
-    Chcesz się przekonać? – spytałaś nie otwierając oczu
Coś tam wymamrotałam poprawiając ręcznik.
-    Nie będzie powrotu. Przez całe twoje zasrane życie… – wymierzyłaś we mnie pomalowany na czarno paznokieć – … nie będzie powrotu do tego momentu. Musisz wiedzieć czy naprawdę tego chcesz.
Zakręciłam się nerwowo na bosej pięcie. Na tle otwartych drzwi do łazienki, na tle podświetlonych na jasno drzwi, możliwe, że byłam jedynie cieniem. Czarną, chybotliwą smugą dymu. Możliwe, że nie wiedziałaś, nie pamiętałaś Doxxa z kim rozmawiasz.
-    Czemu tutaj jest tak kurewsko ciemno? – opanowany ton wymagał ode mnie wiele wysiłku
-    Wiesz czego chcesz? – niemal krzyknęłaś – Jesteś zdecydowana? Tak naprawdę? Tak do końca.
Skinęłam. Że tak. Naprawdę. Z tobą, Doxxa. Tak. Mówię tak.
I do.

Zaraz zdarzy się coś złego. Ja o tym wiem, ty o tym wiesz, Doxxa o tym wie. Mam ochotę wyszarpnąć sobie klawiaturę spod dłoni. Spierdolić monitor z twojego biurka prosto na podłogę. Zatrzasnąć ekran laptopa. Przytrzasnąć pośliniony palec.

Zapalam światło, ale jakoś tak krzywo. Pali się jedna, goła żarówka nad moją głową. Pozostałe świetlówki skrzypią w proteście i odmawiają współpracy. Coś się przypaliło. Przepaliło. Od tego gorąca między moimi nogami, które wysysa całą wilgoć z powietrza, resztkę śliny w ustach. Elektryczność przepływa przez moje ciało. Doxxa, tygrysim ruchem jesteś już przy mnie. zdzierasz ze mnie ręcznik, brutalnie odpychasz moje dłonie. Kładziesz palce na szyi. Będą sine ślady. To nie są żarty. Nie podoba mi się twój wyraz twarzy. Spod rozmazanego make upu spoziera na mnie pożądanie, wykrzywione i pijane. Nie tak wyobrażałam sobie nastoletni sex. Wszystko nie tak, Doxxa, nie tak. Chcę się przekonać co masz w majtkach, nie musisz pytać. Wpychasz moją rękę w rozporek skórzanych spodni. Nie mam już żadnych wątpliwości. Tańczysz na moich palcach. Sięgasz wysoko. Tak by złapać roziskrzoną żarówkę. I ściskasz mocno, mocno. Mięsnie zaciskają się na wystraszonej dłoni biednej Kasi. Żarówka pęka. Zapada ciemność. Krew jest lepka i ciepła.

Marzyłam by po tej nocy z tobą, Doxxa, zajść w ciążę.

Gdy wychodzę po czterdziestu ośmiu godzinach z hotelu nie mam żadnych wątpliwości. Nie spotkamy się więcej Doxxa. Pada deszcz. Ciepły, obmywający. Nie chowam się po bramach. Pozwalam sobie trochę płakać. Pośród deszczowych kropel i tak nie widać moim łez. Pozwalam sobie odliczać każdy krok oddalający od Ciebie, każdy oddech. Liczę „Raz. Dwa. Trzy …” Jak przed startem w kosmos. Pozwalam sobie zmoknąć. Zmoknąć do suchej nitki. Soaked to the bare bone.

I teraz znów śnisz się. Po tylu latach. Czarnowłosa i delikatna. Chuda i androgyniczna. Najpiękniejsza. Podnosisz mój zakrwawiony palec do ust i mówisz „Kiss and heal. Heal and forget”. Nie umiem zapomnieć. Po przebudzeniu płaczę. Nie wydarzysz się ponownie. Przychodzisz w snach by przypomnieć o sobie. Ja chcę. I nie chcę. I chcę. Nie chcę. Chcę.

I nie potrafię.

22 komentarze:

Anonimowy pisze...

ale, ze co? co sie stalo? bo nie bardzo rozumiem

Renate pisze...

no proszę miał być dziś taki blue monday, a tutaj candy cane :) wielkie dzięki.. chociaż szkoda, że to już chyba koniec..?

lipshit pisze...

Proszę, proszę. Trzeba trochę wyobraźni i się człowiek gubi.

Renate >>>> To koniec. Chociaż z drugiej strony temat mojego dorastania w latach dziewięćdziesiątych to never ending story, niewyczerpane źródło inspiracji.

Anonimowy pisze...

autorka sama nie wie- to mi podpowiada moja wyobraznia jak probuje sie wczuc;)

Renate pisze...

..więc mam nadzieję, że coś z tego źródła jeszcze tutaj przeczytam.. I can't wait ;)

lipshit pisze...

Jak potrzeba trochę finezji, gdy uderza się w subtelniejsze noty, gdy coś Cię przerasta... najłatwiej zwalić na autora.

Anonimowy pisze...

Anonimowy-lubisz Rolling Stones?
Lipshit-mam nadzieje, że Doxxa kiedyś wróci, dobrze się czytało.

/Długa

lipshit pisze...

@ Długa >>>> Doxxa fajna sprawa. Kiedyś istniał taki ambitny plan, by Doxxę obdarować własnym blogiem. Plan upadł, Doxxa zaistniała choć na chwilę.

Karolina pisze...

Odnoszę wrażenie, że Doxxa Cię tu impertynencko wykorzystała, choć regularnie czytając,stwierdzam że teraz udziela się to czasem i Tobie Katarzyno.Czy nie tak ?

Anonimowy pisze...

najłatwiej zwalic na czytelnika, ze tepy:)

lipshit pisze...

Ja tam jestem dumna, z faktu, że lipshit blog staje się intelektualnie elitarny, że nie obraża inteligencji czytelnika...

@ Karolina.
Nie nazwałabym tego wykorzystaniem. Raczej poszukiwaniem wiedzy, która gdy jej zasmakujesz pozostawia niesmak w ustach.
Z drugiej strony cieszę się, że Doxxa sprawia wrażenie realne, jakby wydarzyła się naprawdę.

Karolina pisze...

już kiedyś Ci pisałam, że nie wiem do końca 'co' i 'kto' jest tu realny,a kto nie.To wiesz już tylko Ty..i to chyba właśnie podkręca całą zabawę.

lipshit pisze...

"Perwersja zacierania granic pomiędzy kłamstwem a prawdą ..."

a mimo to (powtarzając za Zizkiem) czasem imitacja rzeczywistości jest realniejsza niż rzeczywistość, realniejsza niż realne.
Fake is more real than real.

Anonimowy pisze...

albo jak ktos inny powiedzial- prawda jest dziwniejsza od fikcji, dlatego, ze fikcja musi byc prawdopodobna a prawda- nie

lipshit pisze...

och tak!
bosko!

Labryska pisze...

masterpiece - jak zawsze :) zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl

Anonimowy pisze...

To nie Żiżek, to Cioran.
O.

cujo pisze...

Lipshit, kiedy realnie można się spodziewać czegoś papierowo w czarnej okładce od Ciebie? (:

lipshit pisze...

@ anonimowy >>>>
To dokładny cytat za Zizkiem >>> patrz "The Pervert's Giude to Cinema".
A za kim cytuje Zizek to w tym kontekście całkowicie nieistotne.

lipshit pisze...

@ cujo
Late Summer 2011. Wrzesień najpóźniej wliczając druk.

I nie w czarnej, a w różowej okładce.

KaRrla pisze...

domagam się nowego posta ! jak masz zamiar uzależniać swoją twórczością, to chociaż dawkuj je w ludzkich ilościach..

lipshit pisze...

a właśnie, że z przekory posiedzę dziś 12h na facebooku i obrobię farmę, zamiast pisać :p

a tak serio, serio, serio
mówisz i masz