czwartek, 23 grudnia 2010

Zawsze niewystarczająco

Odwykłam od pisania o sobie. Zbyt wiele czasu spędzam z innymi ludźmi. Tymi prawdziwymi i tymi wymyślonymi. Rzadko kiedy pozwalam sobie by być sam na sam z Katarzyną, z Franciszkiem. Rzadko kiedy jestem sama. Nigdy samotna.

Gdy umierało lato, napisałam w liście do K.
„ Mój plan na resztę roku? Znaleźć nową pracę. Znaleźć nowego lovera. Skończyć Książkę. Jak to uda się zrealizować, będę mogła powiedzieć, że jestem szczęśliwa. To wewnętrzne szczęście będzie wyznacznikiem mojego sukcesu. ”

NOWA PRACA.

Chciałam uciec od korporacji. Chciałam znaleźć jakieś niewymagające zajęcie, w nieregularnych godzinach, z nieregularnymi wypłatami. Chciałam tylko pisać, czytać i żyć wśród ludzi, z ludźmi.

Zanim się obejrzałam stałam się głodującym pisarzem. Przyjaciele, którzy mnie karmią. Przyjaciele, którzy kupują mi papierosy. Nieznajomi, którzy stawiają mi drinki. Kochanki, które zabierają mnie na zakupy. Listy sprawunków i kalkulator. Jakie żenujące. Przedziwne, że odwrotnie do zasady „ artysta głodny to artysta wiarygodny” gdy nie posiadam komfortu finansowego nie potrafię skupić się na właściwej pracy. Głód nie ma dla mnie znaczenia. Buty i sukienki mogą poczekać. Książki można wypożyczać tonami z biblioteki. Muzea w czwartki są otwarte za darmo, a internet daje dostęp do każdej formy kultury jaka jest w danym momencie potrzebna, dla przyjemności, inspiracji czy pracy twórczej.

Socjalizowanie się. To wymaga pieniędzy. Kawy, obiady, kolacje. Drinki, fajki i taksówki. I rozmowy. Rozmowy z przyjaciółmi. Rozmowy z nieznajomymi. Rozmowy z nieznajomymi, którzy wcale nie są nieznajomi. To wymaga odpowiedniej oprawy. Nie umiem żyć bez przedstawienia jakim jest Katarzyna Frank. Ono jest moją główną inspiracją.

Rozmawiałam na ten temat z W.
-    Ten dysonans zawsze będzie w Tobie tkwił. – mówi W. -  Zawsze będziesz się frustrować wykonując zajęcie poniżej twoich kwalifikacji. Można harować w międzynarodowej korporacji, a po godzinach pracować nad tym co naprawdę ważne. Po godzinach być sobą. Większość ludzi tak robi. – 
-    Ja tak nie potrafię. – odpowiedziałam bijąc się w romantyczną pierś  – Ja muszę być sobą dwadzieścia cztery na dobę. 
-    A jesteś sobą siedząc całymi dniami zamknięta w czterech ścianach? Pracując na zdezelowanym laptopie? Nie mogąc wyjść i napić się kawy, kiedy tylko masz ochotę?
-    Najważniejsza jest Książka. Nie mogę się rozpraszać. – uniosłam dumnie głowę, znad piwa marki „happy hour, dwa w cenie jednego” – Wiesz dobrze, że jestem minimalistką.
-    Zgadza się. – W. uśmiecha się pobłażliwie. – Minimalistką, ale nie ascetką.

Postanowiłam więc wrócić.  Szybko poszło. Błyskawicznie znalazłam korporację, która wyciągnęła po mnie łapy. Łatwiej i szybciej niż gdy szukałam pracy kelnerki czy barmanki. Odrzuciłam Irlandię, gdzie koszty mieszkania, które miałam wynająć razem z E. wzrosły czterokrotnie ( Kryzys. Irlandczycy mówią, że jest, ludzie, którzy pracują dla Irlandczyków mówią, że nie ma. ) Odrzuciłam propozycję pracy w Dubaju. Doszłam do wniosku, że dam Polsce jeszcze jedną szansę.

Wielkie biurko, wielki biały komputer. Luksusowy biurowiec w centrum. Przeszklone drzwi i recepcjonista, który będzie mnie witał po imieniu. Ekspres nespresso. Powitalne, czekoladowe muffiny. Witaj w teamie, tutaj twoja nowa agenda, tutaj ostrzymy kły, a tutaj odbierasz vouchery na taksówki.

Wyciągam z szafy obcasy. Przed szkoleniem zmieniam buty, wciskając moje wielkie, pancerne kozaki do ekologicznej torby z logiem poprzedniej korpo.  Znów jestem odrobinę wyższa, na moich czarcich kopytkach, w moich botkach zbrojonych ćwiekami przy kostkach. Wyciągnęłam stary korporacyjny notes z kontaktami. W empiku oglądam skórzane, wielkie organizery na 2011. To ważny wybór. Do któregoś trzeba będzie przyrosnąć.

Skapitulowałam. Czyżbym nie umiała żyć bez wielkiego miasta? Znowu będę spędzać dnie z atrakcyjnymi starbucks addicts, wieczorami pić za dużo, jeść za mało i wysłuchiwać o tym jak udaje mi się łączyć korporacyjny dress code z bezkompromisowością moich kolczyków, tatuaży i post punkowych koszulek pod vintage marynarkami. Czyżbym nie umiała inaczej?

Poczucie przegranej nie opuszcza mnie ani na chwilę.

NOWY LOVER.

Jest w moim życiu nowy lover. Rudy jak ogień. Długowłosy i podkuty szpilkami. Pojawiła się w momencie, gdy mówiłam „ Robię sobie przerwę. Żadnych cipek, żadnych dramatów. Chcę być single. Lubię być single.” 

I tak powiedziałam Rudzielcowi. Lubię być singlem. Lubię ciszę swojego mieszkania nad rzeką i skupienie samotnych wieczorów. Lubię gdy nikt mi nie przeszkadza. Lubię nic nie musieć, lubię móc i chcieć. Moja prywatność była hodowana tak troskliwie jak hoduje się rzadki kwiat, nie poświęcę jej łatwo. Mam wspaniałych przyjaciół, nie potrzebuję kolejnego. Nie nudzę się. Nie potrzebuję rozrywki, sama umiem jej sobie dostarczyć. Jeśli chcesz, możemy się spotykać. Pić, tańczyć, przesiadywać w CSW, przesiadywać w NWŚ. Mogę Cię zabrać na kolację, możemy pójść na sushi. Możemy się pieprzyć. Ale to wszystko. Nie mam nic więcej do zaoferowania. Wybór należy do Ciebie.

Rudzielec przytakuje. Tak, taki układ jej pasuje, jest zresztą emocjonalnie zaangażowana w relacje z kimś innym. Niezależność, dojrzałość, umiarkowanie. 

Nie umiem uczyć się na własnych błędach. Teraz z przestrachem zerkam na wyświetlacz telefonu i piętnaście nieodebranych połączeń. W sobotnie wieczory smsy. W piątkowe noce natarczywe pukanie do drzwi. Pytania o to co robię, z kim spędzam czas, co jadłam, czy tęskniłam, czy jestem zazdrosna, czy bzykam jeszcze kogoś innego. I moje odpowiedzi. Zawsze niewystarczające.

Gdy tylko irytuję się na kolejną oznakę zaangażowania próbuję sobie przypomnieć…
Jej rude loki rozsypujące się wzdłuż nagich pleców, gdy odwraca się ode mnie by napić się wody. Krągłość pośladków, wspaniałości kobiecego ciała. Zapach jej potu, smak jej sutków, westchnienia.
Jej dłoń pod moją spódniczką, pod stolikiem w ulubionej kawiarni, pod delikatną pończochą.
Jej miękkie usta, niemal oszronione, gdy w jej urodziny piłyśmy tanie wino musujące z gwinta i rzucałyśmy się śnieżkami.
Jej pocałunki w oblodzonej bramie, gdy wymykamy się na papierosa.
Jej łzy po tym jak orgazm zatyka jej usta i przestaje krzyczeć.
Jej pocałunki i dłoń zsuwająca ramiączka topu obcisłego jak skóra węża.

Ale to za mało. Zawsze za mało.

Myślę o poprzedniej kobiecie, o tej przed nią. Jej imię zaczynało się na literę O. Sex był też świetny. Wciąż wspominam jak mocno ugryzła mnie w kark, jednocześnie zaciskając dłonie na moich pośladkach, kreśląc sutkami kółeczka  na wilgotnej skórze moich pleców. Poinformowałam ją, że nie będziemy się więcej spotykać, dwa tygodnie przed tym jak poznałam Rudzielca. Nad caramel macchiatto zaczęła mi robić wymówki o związkowy status na facebooku.
-    Mogłabyś zmienić  „wolna”, proszę. Chociaż na „to skomplikowane”. – O., jej niezdrowe rumieńce i odrobina karmelu nad górną wargą.
-    Jakie to ma znaczenie. Przecież jesteś mężatką.

Myślę o Rudzielcu. Myślę o rozmowie nad pszenicznym ciechanem w jednej z knajp na Ząbkowskiej. Rudzielec złości się, że w sobotę wyszłam do klubu razem z najlepszym przyjacielem. Wścieka się, że nie zdaję dokładnej relacji.
-    Powiesz mi, kiedy zaczniesz pieprzyć się z kimś innym? – bawi się łańcuszkami jakie spływają z poduszek wszytych w ramiona zielonej bluzki w stylu militarnym. – Nie chcę robić z siebie idiotki.
-    A co Ty robisz gdy wracasz do swojej dziewczyny? – odpowiadam, oaza spokoju. – Chcąc nie chcąc jestem idiotką.
-    Nie sypiam z nią już od dawna ! - Rudzielec protestuje gwałtownie
-    Wszystkie tak mówicie. – upijam łyk z butelki. Nowa warszawska maniera. Do butelkowanego piwa nie podaje się szkła. – O swoich mężach, chłopakach, kobietach… Ktoś w tym trójkącie musi być przysłowiowym  „idiotą”. Podejrzewam, że jesteśmy nim wszystkie trzy.

Romans z Rudzielcem powoli dogasa. Wzbudzanie poczucia winy, bo obie musimy się przecież czuć winne. Wzbudzanie zazdrości, bo przecież obie musimy się czuć zazdrosne. Tylko mi z co raz większym trudem przychodzi wzbudzenie w sobie pożądania. A to jedyna rzecz, która tak naprawdę nas łączy.

Umiem uczyć się na własnych błędach. Ale niewystarczająco.

NOWA KSIĄŻKA

W bólach nabiera co raz bardziej konkretnych kształtów. Po raz kolejny przesuwam termin, żebrząc o nowy dead line. Każde słowo poświęcam Książce. Zaniedbuję bloga. Zaniedbuję przyjaciół. Zaniedbuję siebie. Frustruję się, złoszczę. Zamyślona, skupiona. Trudno jest żyć w ciągłym przekonaniu, że powinno się być gdzieś indziej, robić coś innego. Pisać, pisać, pisać. Nieustannie pisać. Każdy wysiłek, dopóki nie skończysz, jest niewystarczający.

Jedyna dziewczyna, której zazdrość i zaborczość jestem w stanie wytrzymać. Jedyna dziewczyna, dla której jestem w stanie rzucić wszystko. Jedyna dziewczyna, z którą spędzam całe noce, jadam śniadania, której mogę powiedzieć wszystko, z którą mogę wszystko … Kasia Pepper.

A teraz drink, papieros i chwila pośród wiatru, który nadciąga znad rzeki, pełen drobinek lodu. Zanim by unurzać się w świąteczności, zanim by móc przestawić się na tryb rodzinny, będę musiała odwiesić poprzepalany papierosami kostium Katarzyny Frank. 

Bycie sobą. To czasem niewystarczająco.

8 komentarzy:

Labryska pisze...

"To skomplikowane" chyba jednak byłoby idealne - jak widać lubisz pakować się w takie skomplikowane relacje :P zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl

lipshit pisze...

Te relacje nie są skomplikowane. One nawet nie istnieją. To tylko seks i dobra zabawa.

Postrzegam siebie jako singla, osobę wolną i nie będącą w żadnym związku.

Anonimowy pisze...

Jakbym znała Rudzielca. Czy to ten sam? W końcu recykling w lesbowatym światku nie jest niczym nowym..

lipshit pisze...

o! Chętnie zapoznam się ze szczegółami. Kto wie?

Anonimowy pisze...

Pierwsza litera imienia to M?

lipshit pisze...

Nie.

Anonimowy pisze...

No widzisz. A jednak świat jest większy niż się sądzi.

lipshit pisze...

I świetnie. Ja się bardzo cieszę, że dla każdego chętnego starczy po jednym lesbian super hot red head.