niedziela, 12 grudnia 2010

LIPSHIT CZYTA: Moja Les

Dużo już powiedziano o tej książce. Odsyłam do popkulturowego numeru Furii 02/2010. Tam dwie, słuszne recenzje.

MOJA LES nigdy nie powinna zostać wydana. Jedynym wydawniczym pretekstem jest lesbijska tematyka, która sprzeda w dobie posuchy największego gniota. Polski czytelnik zainteresowany literaturą nieheteronormatywną może jest i spragniony, ale nie jest głupi.

Plusy? Fajna, autująca okładka. W miejscach publicznych takich jak np. środki komunikacji miejskiej, biblioteki czy kawiarnie starbucks zwiększa szansę na skuteczny podryw. Pod warunkiem, że interesujący nas obiekt nie czytał wcześniej tej książki. 

Nóż mi się w pornograficznej kieszeni otwiera na wspomnienie zaproponowanego modelu erotycznego, w którym stosunek między kobietami został sprowadzony do orgazmu, czasem nawet nie nazywanego orgazmem tylko „dojściem” lub „dawaniem” (cyt. „ O kurczę! Doprowadziła mnie i dostałam […].”). Orgazm nie tyle warunkuje akt miłosny, co stanowi akt sam w sobie. Jego intensywność jest wyznacznikiem jakości więzi jaka łączy bohaterki. Odkrywcza jest również teoria „wygasającego libido” polegająca na tym, że zaspokojona kobieta, po szczytowaniu, podczas którego widzi gwiazdy oraz wszystkich świętych, nie ma ochoty na zbliżenia przez dłuższy okres czasu (cyt. „Dlatego szczytować nie lubię, żeby ciągły wewnętrzny żar czuć, żebym na rozkazy sarenki napalona jak lokomotywa Tuwima była […] . ) ” . What ???

Odpowiedzią na zdradę jest ucieczka w bezdomność. Homiczki, sarenki i motylki (gdyby moja kochanka nazwała mnie sarenką, uciekłabym gdzie pieprz rośnie). Anielskie i sielskie ognisko domowe obdarzone gromadką dzieci, powtarzające model monogamiczny, pobłogosławiony przez Wielką Tłustą Matkę (co by nie było zbyt katolicko). Zakończenie jakości poniżej miernej, niczym gwóźdź do trumny. Spuszczam na to wszystko zasłonę milczenia. Szkoda słów i nerwów. Dobrze, że to trwało tylko 220 stron.

Mam w zwyczaju, gdy jakość prozy irytuje mnie, stosować wobec książek przemoc. „Zaporę” Mankella, podczas sceny w której Wallander przypomina sobie, że zapomniał dopisać do listy zakupów pomidory, wyrzuciłam przez okno tramwaju. MOJĄ LES rąbnęłam o ścianę. Trzy razy. Raz gdy grę wstępną między kobietami nazywano miętoszeniem, a potem opisano zmienność kobiecego śluzu w trakcie różnych faz cyklu.. Drugi raz gdy po epitecie „dorodne piersi” w trakcie przaśnej i po polsku zmysłowej sceny erotycznej nastąpił opis kobiecej pochwy w stanie zaawansowanej ciąży. Po raz trzeci po zdaniu „ Pamiętasz jaką dużą kupę w środę grzmotnęłaś? ”. Tak wygląda lesbijstwo po polsku. Chyba. Bo nie jestem pewna w jakim języku została napisana ta książka.

Podsumuję cytatem; „normalnie cycki mi opadły”.

9 komentarzy:

Olga pisze...

Zgadzam się, naturalnie (kim trzeba być, by się nie zgodzić?), ale z całej Twojej opinii i tak podobało mi się to ostatnie zdanie, wtrącone jakby mimochodem.

susie.q pisze...

Pamietam, ze kupilam te ksiazke z dosc duza ciekawosci i z rownie duza ciekawoscia sie szybko nia rzczarowala. Po pierwsze jezyk jakim jest napisana, jak dla mnie makabra, trudno sie bylo przyzwyczaic, moze za glupia jestem, choc mysle, ze nie. Po drugi te sarenki, homiki, irytacja na maksa. I moj ulubiony kawalek, to ten gdy glowna bohaterka przezywa zdrade, nekaja ja jakies zwidy, niestworzone postacie itd. Sorry, ale tego kawalka nie kumam do dzis, wiec chyba jednak jestem za malo inteligentna :D

Doczytalam sie na necie, ze autorka ksiazki, zadeklarowana heteryczka, napisala te ksiazke na podstawie "przyjazni" z prawdziwymi lesbijkami, a zapytana ile zna naprawde, powiedziala ze w realu prawie zadnej, jedynie kilka przez internet. To chyba tlumaczy dosc niebranzowy charakter tej ksiazki, czyniac z niej lektore, ktorej nie trzeba po prostu czytac. A Stanieszewskiej gratuluje tupetu, moze odwagi, nie wiem czego jeszcze w napisaniu takiego knota. I mysle sobie, ze gdyby nie lesbiska tematyka, tak zadka na polskim rynku, pies z kulawa noga by o tej ksiazce nie slyszal. Pozdrawiam

shadow pisze...

kanon literatury lesbijskiej w Polsce- Moj swiat jest kobieta i Moja les;) co do sarenek- pamietam artykul, w ktorym autorka twierdzila, ze lesbijki nazywaja sie pszczolkami- dlugo nie moglam otrzasnac sie z tego...poznawczego dysonansu

lipshit pisze...

Co innego mogło wyniknąć z "korespondencyjnego kursu lesbijstwa"?

Absurd goni absurd, a wszystko to polane lekko stęchłym, szarym, nieapetycznym sosikiem. Ultra real polish queer.

shadow pisze...

marzy mi sie fajna, wciagajaca lesbijska powiesc, napisane lekkim piorem i oddajaca subtelnosci i niuanse kobiecej emocjonalnosci i seksualnosci:)

lipshit pisze...

To bierz się do pisania.
Bycie jedyną zawodniczką na queerowym torze wyścigowym jest nudne.

shadow pisze...

brak mi weny:(

Labryska pisze...

Zamierzałam tą książkę przeczytać, ale chyba jednak sobie daruję :P zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl

lipshit pisze...

Labryska >>> a ja myślę, że powinnaś, żeby wyrobić sobie własne zdanie. Jestem ciekawa jak byś MOJĄ LES odebrała.