piątek, 10 grudnia 2010

CANDY CANE [3.2]

CANDY CANE [3]

[tokyo dildo] [2/2]

Siedzę po turecku na dywanie w pokoju Doxxy, wyskubując białe kłaczki z wielkiej imitacji, martwego, wypatroszonego niedźwiedzia polarnego. Jego oczy z niebieskich paciorków wlepione są między moje nogi. Doxxa wije się wokół szafy, mamrocząc pod nosem;
-    Czy ja mam jakieś majtki, które nie są przetarte w kroku?
Ma na sobie ręcznik frotte omotany wokół bioder i wielki kowbojski kapelusz. Dopiero co wyszła z wanny. Krople płyną po ważce wytatuowanej na ramieniu. Doxxa paruje. Pachnie. Kręci mnie w nosie.

Jej luksusowe mieszkanie o dwóch poziomach. Pełne słonecznego blasku, który napływa z wielkich okien i ogrzewa wszystko w stylu 90210. Widziałam takie wnętrza tylko na filmach, widziałam takich ludzi tylko w telewizji. Czuję się brudna i zaniedbana. Boję się poruszyć. Nagle niezgrabna, o zatartych konturach szarego ciała, które rozlewa się nieregularną kałużą w pachnącym powietrzu. Nie umiem nad nim zapanować. Nie rozpoznaję własnych granic. Mogę nagle zacząć się składać w jakimś nienaturalnym kierunku, jak zapisana nerwowym pismem kartka. Albo na przekór grawitacji, unieść się w powietrzu i dryfować między halogenami na suficie w poszukiwaniu jakiejś zakurzonej pajęczyny, gdzie na jedno popołudnie mogłabym uwić sobie gniazdo.

Drzwi są zamknięte na klucz. Nie mieści mi się to w głowie. Mieć własne drzwi. Mieć do nich klucz. Nosić go przy sobie. Nie dzielić się z nikim. Zamykać się od środka i udawać, że nie ma cię w domu.

Tatuś Doxxy piętro niżej do znudzenia męczy „Older”. Puszcza „Spinning the Wheel” raz po raz. Elegancki rytm imitujący posapywanie podnieconej kobiety, która chichocze i nie jest matką Doxxy. Gdy przeciągłe „baaaby lovee” nastaje po raz kolejny, Doxxa wyrzuca w górę ramiona. Zamyka z impetem szufladę. Nie będzie dziś żadnych majtek. Dopada do swojej wieży z systemem rotującym dziesięć cd na raz. I szuka, rozrzuca pudełka z jaskrawo czerwonymi naklejkami Virgin Megastore. Krzywię się na to nieposzanowanie. Płyty mogą się tak łatwo zarysować. Doxxa uśmiecha się, wrzuca coś w czeluści swojej wieży i delikatnie dotyka srebrnego pokrętła. Pieści je w chudych palcach podkręcając do oporu. „Generation Terrorists” i numer cztery, „Motorcycle Emptiness”. George Michael zgnieciony na miazgę. Jeden zero dla transgenderowych Walijczyków. A jednak to nie jest pojedynek. Rozjuszony tatuś nie wpadnie do pokoju wrzeszcząc i grożąc owłosioną pięścią. To działa inaczej. Jedna przestrzeń nie wyraża chęci by uszanować drugą. Koegzystencja. Osobne życia. Żadnej symbiozy wymuszonej wspólną łazienką. 

Jestem oszołomiona. Przyglądam się tej niecodziennej codzienności z szeroko otwartymi oczami. Przełykam głośno ślinę. Nawet na chwilę nie zapominam o zimnym autobusie, mokrych skarpetkach i pokoju dzielonym z siostrą.

Doxxa śmieje się. Zakłada jeansy turlając się pod dywanie. Naciąga na chude plecy cienką koszulkę w lamparcie cętki wskazując na tętniące głośniki. Richey Edwards i jego żyletki. I jego gitara. Richey, który już zaginął, ale jeszcze nie został uznany za zmarłego. Nie ma dnia, żebyśmy nie rozmawiały i nie snuły marzeń o tym co mogło się z nim stać. Powstają scenariusze i awanturnicze historie. Doxxa jest przekonana, że to tylko gówniarski prank. Gdy mega kac minie, Richey wróci do zespołu i dokończą trasę. Ja jestem przekonana, że Richey miał dosyć gówna związanego ze sławą i olał palantów z zespołu. Jest teraz złotym bogiem czczonym w świątyniach na szczytach japońskich wzgórz. Widzę jak na bosaka przeskakuje z jednego mokrego kamienia na drugi, a złote karpie muskają podeszwy jego stóp. Zastępy subtelnych, bladolicych gejsz każdego dnia urządzają mu opiumowe kąpiele i ….
-    A ty byś olała Nickiego Wire’a? – pyta Doxxa mrużąc podstępnie oczy
-    Racja. – przyznaję po chwili zastanowienia. – To poważna wyrwa w mojej teorii…
Leżymy na puchatym dywanie. Jak wszystkie nastolatki zasłuchane w dziwne głosy, które dochodzą z wnętrza naszych ciał, a które staramy się zagłuszyć głosami chłopców piękniejszych niż ci, z którymi chodzimy do szkoły. Nasze włosy plączą się ze sobą. Czarne, błyszczące kosmyki Doxxy i moje, pomarańczowo czerwone supełki. Płonące pióra jaskółek.

Ostatni kawałek o Luksusowej Królowej dobiega końca, ale płyta nie kończy się. W tamtych czasach pod koniec ścieżki dźwiękowej ukrywano dodatkowy utwór, który wybuchał niespodziewanie, jeśli zapomniałaś wyłączyć cd. Czeka nas teraz kilkanaście minut podekscytowanego oczekiwania. Nigdy nie wiesz kiedy rozpocznie się secret track. Nie musisz przecież nosić zegarka.
Obracam w ustach kciuk, którym odmierzam kolejne sekundy. Zjadam wiśniowy lakier kupiony na straganie na stadionie dziesięciolecia, tuż obok pirackich płyt. W domu Doxxy nie ma nic pirackiego, podrabianego, nic co pochodzi zza wschodniej granicy. Tylko sama Doxxa jest nielegalna. Jest zakazana.
-    Chcesz coś zobaczyć? – nachyla się nade mną, opierając na łokciu.
-    Chcę. – odpowiadam z najpoważniejszą miną na jaką umiem się zdobyć. – Chcę zobaczyć wszystko jeszcze raz. Od początku. Twój dom, sypialnię twoich rodziców. To jak wyglądasz z kurczowo zaciśniętymi powiekami i czarną maskarą rozmazaną na policzkach…
Wtedy mówienie przychodziło z łatwością. Było nieograniczone. Można było się porozumiewać ze światem za pomocą tekstów ulubionych piosenek.
Doxxa śmieje się. Sprawia jej przyjemność, to jak szybko przyswajam pop kulturowe wzorce. Umiem mówić językiem glam rockowych chłopców, w których Doxxa się podkochuje. Umiem podrabiać ich gesty, podkradać ich miny, przybierać pozy i mówić bzdury. Umiem być kimkolwiek tylko chcę. Kim ona zechce. Doxxa nie potrafi tak mocno uwierzyć w to co nierzeczywiste, by zamarkować samej to czego pragnie. Nie ma takiej potrzeby. Doxxa nie musi zadowalać się substytutami. Dostaje zawsze to czego pragnie. Realnie. Rzeczywiście. 4real. Jest zawsze sobą.
Doxxa podrywa się na równe nogi, szybko otwiera drzwi i wybiega gdzieś. Słyszę tupanie bosych stóp po krętych schodach z jasnego, śliskiego drewna. Nie martwię się. Grawitacja nie dotyczy szczupłego ciała Doxxy. Wraca po chwili, trzymając w dłoniach duże, zielone pudełko. Jest ozdobione złotą, japońską kaligrafią. Jedwabna wstążka odbija blask ognia, którym natychmiast zajmują się moje głodne oczy. Opiumowe kąpiele, bladolice gejsze i ….
Doxxa stawia ostrożnie pudełko na puchatym dywanie. Próbuje przejąć moje spojrzenie, które już bawi się wstążką, które już rozpuszcza złoty atrament na zielonym jedwabiu.
-    Zastanawiam się czy nie zrobię Ci tym krzywdy. – Doxxa nawija na palec czarny, błyszczący kosmyk. Na jej blade policzki wypływa niezdrowy rumieniec. – W sensie…  zrobimy co będziesz chciała. Ale obawiam się, że nawet nie widziałaś wcześniej czegoś podobnego. Jesteś bardziej niewinna niż ja.
-    O tak. – kiwam ochoczo głowo. Przystanę na wszystko, zgodzę się na wszystko, bym tylko mogła zobaczyć co jest w tym pudełku, które pochodzi z innego świata. – Niewinna i nieśmiała. Mała, biedna dziewuszka. A teraz otwieraj. Biorę to na siebie.
Doxxa patrzy na mnie uważnie. Zastanawia się. Ona w końcu pochodzi trochę z tego świata, z którego sprowadzono kaligrafowane pudełko. Ponosi odpowiedzialność za to czym nakarmi niestrudzonego podróżnika, który jest tak bardzo głodny.
-    Tata przywiózł to w prezencie dla kontrahenta z Londynu. – Doxxa powoli rozwija zaprasowane wstążki. – Chce zrobić na nim wrażenie. A londyńczyków nie łatwo zadziwić.
Powoli unosi ciężkie wieczko. Czuję subtelny, landrynkowy zapach. Pośród zieleni kaligrafowanego jedwabiu, na złotej wyściółce leży całkiem spory, sztuczny penis. Ma okrągłą główkę, delikatne zgrubienia i zgrabną linię. Nie za gruby, nie za długi. Jest biały, malowany w czerwone paski. Jak cukierek na święta bożego narodzenia. Do złotych skrzydełek przytroczone są mocne, czerwone wstążki.
-    Cady Cane Tokyo Dildo. – recytuje z dumą Doxxa – Jest piękny, prawda…?
Cała staję w pąsach. Najpierw czerwienię się jak burak, potem oblewam wilgocią. Co dziwne wcale nie panikuję. Nie krzyczę, nie chichoczę. Nie zachowuję się jak pensjonarka, jak nastolatka. Jestem bardzo spokojna, opanowana. Skupiona. Jakby w tym pięknym pudełku, związane czerwoną wstążką leżało małe, ale śmiertelnie groźne zwierzę.
Poczucie odrealnienia całej sytuacji mogłoby zabić. Ale nie mnie. Nie podróżnika, zdobywcę i marzyciela.
Przenoszę pytający wzrok na Doxxę, która uśmiecha się łagodnie.
-    Chcesz spróbować? – pyta
Odsuwam się nieznacznie. To jest podstęp. Obraz w mojej głowie wiruje intensywnie. Będę się masturbowała jeszcze wiele dni potem, myśląc o tym co pojawiło się w mojej głowie jako pierwsze skojarzenie. Moje prawdziwe pragnienie. Zakazana tajemnica.
Nie ma teraz na to czasu. Teraz trzeba podjąć grę.
-    Spróbować czego? – patrzę odważnie prosto w oczy Doxxy. Trick or treat???
Doxxa przeczesuje czarne włosy i raczy mnie swoim tygrysim uśmiechem. 
-    Spróbuj. Jest słodki. – szepcze
Obserwuję ją bardzo uważnie. Czy to żart czy może Doxxa mówi poważnie. Skupiam się na niej, tak naprawdę skupiając się na sobie. Wtedy nie wiedziałam jak wiele zależy od decyzji, którą zaraz podejmę. Cała moja seksualność waży się i dokonuje, w powietrzu, pomiędzy spojrzeniami. Nad Candy Cane Tokyo Dildo.
Nachylam się powoli. Jedną dłonią dotykam prącia. Jest zimne i twarde. Ja jestem miękka i wrząca, zupełnie inna.  Moje rude włosy zahaczają o zielony jedwab, muskają złote litery. Przesuwam powoli językiem, od główki, aż po samą nasadę złotych skrzydełek.
-    Mówiłam Ci… - szepcze Doxxa wcale się nie uśmiechając. – Jest o smaku migdałów i rabarbaru. Trochę słony, trochę kwaśny. Bardzo słodki.
Wtedy z głośników wybuchają pierwsze nuty utworu ukrytego na końcu ścieżki dźwiękowej płyty, która cały czas obracała się niestrudzenie, zapomniana.
We follow along the secret track.

Brak komentarzy: