sobota, 6 listopada 2010

It's never over

IT’S NEVER OVER
Pass me my coat. 
I’m not afraid to leave.

-    Sex. Literatura. Gastronomia. Tylko to mnie interesuje. – mówię krusząc potrójny lód między zębami. Ostatnio nie pijam piwa.
-    Przeczysz sama sobie. – Z. wierci się niespokojnie łypiąc na mnie spod blond grzywki.
Odkąd wprowadzono zakaz palenia w lokalach jednoizbowych wiele dziewcząt kręci się i wierci. Z ławek i siedzeń nagle wyrasta gąszcz szpileczek, tak cienkich aż niewidocznych. Zamiast smrodu papierosowego dymu, zapach potu i nikotynowego głodu.
-    Przed chwilą opowiadałaś jak to chcesz zniknąć na najbliższy miesiąc. Chcesz pisać. Raz mówisz, że masz dosyć randek i podrywów, a raz, że interesuje cię tylko sex…
-    …. pornografia. Powinnam była powiedzieć pornografia. – wzdycham - Choć to nie do końca to samo. Czy sam seks może być lepszy od wyobrażenia o seksie? Czy mogłabyś bzyknąć kogoś w kim podkochujesz się od czasów liceum, czy może szkoda byłoby przerwać grę wstępną, która trwa od kilkunastu lat?

Z. chichocze obracając w ustach czarną słomkę, zgryzioną tak mocno, że zmienia się w zaostrzoną broń. Patrzy mi głęboko w oczy i pojawiają się tak dobrze znane iskierki. Dziewczyna na moich oczach z profesjonalnej pani menager zmienia się w podlotka chochlika. Przełykam ślinę uprzytamniając sobie, że popełniłam błąd. Wielką gafę. Zupełnie nieopatrznie i niechcący. Zapomniałam, że Z. znam od czasów liceum. Opieprzam siebie w myślach, prosząc by Frankie odpuściła Kasi, by odpuściła Z, by Franciszka ugryzła się porządnie w język… Niestety, bycie Katarzyną Frank jest jak nałóg.
-    Powiedz mi … - pochylam się w stronę Z. pchana jakąś niewidzialną siłą, najlepiej znanym, całkowicie naturalnym rodzajem odśrodkowej przemocy, która wymyka się prawom grawitacji – Próbowałaś kiedyś czytać lipshit bloga w wannie … ?
Odpowiada mi chichot, który nic nie stracił ze swojej figlarności od lat dziewięćdziesiątych.
-    Powiedz mi, dasz mi swój numer telefonu? – Z. trzepocze rzęsami i kołysze Pandora Bracelet odgarniając grzywkę z oczu.
Wpadłyśmy na siebie przypadkiem, na przystanku. Miałam wypić szybkiego drinka, a zalegamy na tej czerwonej kanapie od trzech godzin. Miałam napić się i pójść do domu. Miałam nie prowokować, nie flirtować, nie podpuszczać. Miałam nie rozpoczynać tej samej historii po raz nty.  Miałam cieszyć się pełnią wolności i zrobić sobie erotyczno – ambicjonalną przerwę, wakacje od Katarzyny Frank. Miałam odpuścić sobie i tysiącom dziewcząt w tym przeklętym mieście. Miałam chodzić na spacery z psem i pisać książkę. Miałam nie mieć kolejnej kochanki. Miałam sypiać sama, ciężko pracować, olać randki i tłumaczyć się jedynie przed samą sobą.
-    Ja nie mam telefonu. – mówię krótko i zwięźle, zupełnie nie w moim stylu.
-    Czyli można się z tobą kontaktować tylko przez tego cholernego bloga? – Z. nie odpuszcza, zaciskając zęby na zmasakrowanej słomce. – Masz jakiegoś prywatnego maila? Konto na facebooku? Cokolwiek….
-    Nie mam nawet na czym zapisać, nie mam długopisu… - bronię się jak uczniak, myśląc o swoim ego i libido, myśląc o smyczach i kagańcach.
-    Pisarz bez długopisu… – Z. prycha co raz bardziej zirytowana. Na jej policzki wypływa krwistoczerwony rumieniec.
Oddycham głęboko i zdejmuję marynarkę. Jest mi nagle bardzo gorąco i duszno. Wskazuję na drzwi i uciekam zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Szukam kogoś z papierosami. Po tygodniowej przerwie i zabawach w odstawianie palenia, wiem, że nigdy nie uda mi się rzucić. Tak jak nigdy nie przestanę być sobą. Katarzyna Frank bez papierosa, to niemożliwe…

I potem znów dzieje się coś dziwnego.

-    Masz niecodzienny uścisk dłoni. – chłopak mówi podając mi ogień -  Niemal poczułem bicie twojego serca. Sięgnęłaś wzdłuż kręgosłupa, aż do wnętrzności.
-    Och, a ja zawsze chciałam mieć mocny uścisk dłoni. Krótki, prymarny, niemal męski.
Wybuchamy równocześnie śmiechem.
-    It’s never over…. – szepczę pod nosem, kręcąc z niedowierzaniem głową.

Moja samotność nigdy nie będzie kreatywnym, twórczym cierpieniem, jeśli wciąż będzie się dzielić na odrzucenie i odrzuconych.

Jego mieszkanie jest podobne do mojego. Minimalistyczne, o zaniedbanych ścianach, pełne drogich gadżetów i ubrań. Ładnie pachnie, ale jest niemal całkowicie pozbawione mebli. Ani jednej rośliny. Pod białą ścianą stoi wielki stół kreślarski. Wokół niego gąszcz papierów zwijających się w rulony niczym liście.

Przeglądam jego szkice od niechcenia. Stoi za mną i zerka mi przez ramię. Zanurza nos w moich włosach, które pachną nowym Muglerem, odżywką L'oreal, papierosowym dymem i warszawskim smogiem. Pomiędzy papierami znajduję duży rysunek Cat Woman. Na niebotycznie wysokich szpilkach, w czarnym połyskującym lateksie. Postukuję o niego czarnym paznokciem mówiąc;
-    Założę, że się tak naprawdę nic nie wiesz na ten temat. Nie znasz żadnej Cat Woman. Za to wiesz wszystko o kotkach dziewczętach. O Kitten Girls…
Zerkam na niego przez ramię. Oblewa się rumieńcem aż po nasadę kręconych włosów. Wie dokładnie o co mi chodzi. Touche.
On nie jest transparentny. Z trudem czytam z jego spojrzenia, z jego gestów. Może źle odgaduję jego myśli, jakie są jego intencje. Tyle nieznanych szczegółów i zapomnianych reakcji rozprasza moją uwagę. Ale ja się szybko uczę. Szybko nabieram wprawy. Chłopcy są jak jazda na rowerze.
-    Czy możesz wreszcie zamilknąć? - pyta. Za plecami nieunikniona, zimna ściana. Nie można się już dalej cofnąć.
-    Nie mogę. Naprawdę nie mogę. - mówię miękko - Boję się, że jeśli choć na chwilę nastanie cisza, stanie się coś co zniszczy delikatną równowagę mojego świata.
A potem znów ta pieprzona kobiecość, której nie umiem uniknąć. Nie we mnie. W nim.

-    Nie możesz tego zrobić. - mamrocze wymachując jedną ręką. - Nie możesz teraz wyjść.
Jest kompletnie nagi podczas gdy ja kompletnie ubrana. Naciągam swoje czarne botki. Nie mogę uniknąć wrażenia, że jestem w środku sceny u Woody Allena. Ja jestem Allenem. Maluję pośpiesznie usta, zamalowuję przy pomocy kiss kiss gloss guerlain otarty naskórek nad górną wargą. Wszystko, tylko nie rozmowa o orgazmach. Kto miał, a kto nie miał. Ja miałam.
-    Mogę. Oczywiście, że mogę to zrobić. - śmieję się usatysfakcjonowana jak dziewczynka, która wywinęła psikus stulecia. - Nawet jeśli myślisz, że to nieludzkie.
-    Zrobiłem coś nie tak? - pada to fundamentalne i nieuniknione, z niemal dziewczęcym piskiem.
-    Nie, nie, nie. - naciągam skórzaną kurteczkę i zakładam czarną czapkę – To nie ma nic wspólnego z tobą. W tym momencie mojego życia mogę wszystko. Nic nie muszę, nic nie powinnam. Nie mam żadnych zobowiązań ani powinności wobec innych ludzi. Po raz pierwszy naprawdę mogę robić wszystko co chcę, na co przyjdzie mi ochota. Impulsywnie, głupio, bez zastanowienia. Jestem tylko Ja, Katarzyna Narcyzja Narcyzella Frank.
Przesyłam mu całusa i zamykam za sobą szybko drzwi.

Na dworze jest zaskakująco ciepło, mimo że to środek październikowej nocy. Otwieram szeroko ramiona. Pozwalam by jesienny wiatr owiewał moje ciało. Oddycham pełną piersią. Idę w kierunku rozświetlonego centrum stukocząc obcasami. Uśmiecham się.

It’s never over.

2 komentarze:

Olga pisze...

Jeden z lepszych tekstów, jakie ostatnio się tu pojawiły. Wreszcie jakaś całość, początek i koniec historii, dobra fabuła.

kalina pisze...

to najlepszy tekst na lipshit blogu ever