poniedziałek, 15 listopada 2010

INNER SIDE OF WET Rozdział IV

WEWNĘTRZNA STRONA WILGOCI

ROZDZIAŁ IV

I teraz gdy jest już po wszystkim, powinnam móc odetchnąć. Niestety, wciąż nie mogę złapać tchu. Pozbawiasz mnie powietrza.

Po gładkiej powierzchni drzwi osuwam się na podłogę. Zmiażdżona orgazmem, jak zwykle na kilka minut pozbawiona wzroku. Oddech wyrównuje się. Pierwsza fala zatrzymana, ale kilka chwil dalej wciąż czai się tsunami, które zatopi wszystko. Tego pożaru nie da się w żaden sposób ugasić. Płomień zeżre wszystko.

Przecieram mokre oczy, rozmazując maskarę na płonących policzkach. Stoisz nade mną, ocierając pot znad górnej wargi, wznoszona szybkim oddechem. Spodnie masz opuszczone do kostek. Zaczynam się śmiać. Odwracasz wzrok. Mój chichot jest zaraźliwy i pozwala ukryć czułość, która wychodzi na wierzch jak oznaki ciężkiej choroby.

Wysupłujemy się ze spodni. Z westchnieniem ulgi rzucasz się na kanapę. Pełna samozadowolenia, które przelewa się przez Twoje usta, zapalasz papierosa. Zastanawiam się czy całe piętro słyszało moje wrzaski. Drzwi są cienkie. Chociaż, nie jestem pewna czy krzyczałam, czy tylko posapywałam, pojękiwałam, jak ktoś komu dzieje się kontrolowana krzywda. Przez chwilę mnie nie było. Składałam się tylko z ciała i obrzmiałej pochwy, spazmatycznie zaciskającej się na Twojej ciężkiej dłoni.

Podrywam się na nogi jednym ruchem. Wracają mi resztki rozumu. Teraz moja kolej by się z Tobą pobawić. Z pół uśmiechem podchodzę do Ciebie, kołysząc nagimi pośladkami.
-        Nigdy nie mogę się nadziwić jaką masz chudą pupę. – mówisz przyglądając się, mrużąc oczy. Znów błyskasz kłami.
-        Pedalską pupę. – odpowiadam stulając usta w niedojrzałej, młodszej wersji Twojego uśmiechu. – Wiem, że ją uwielbiasz.

Siadam na szklanym stoliku, naprzeciwko Ciebie. Patrzysz mi prosto w oczy. Nad górną wargą pojawia się błyszcząca nitka pobudzenia. Bawię się w odczytywanie Twoich myśli. Czy na szkle zostanie pachnący ślad? Czy może szkło zaparuje?

Wypuszczasz dym. Wysuwasz lekko dolną szczękę. Gładzisz swoje nagie udo. Rozpinasz koszulę. Widzę Twoje nabrzmiałe sutki, takie niekompletne bez śladów po moich zębach. Nachylam się w Twoją stronę jakbym zastanawiałam się jak mogę narozrabiać. Sięgam po Twoją dłoń i wyjmuję Ci z palców papierosa. Odchylam się mocno do tyłu, wypuszczając dym. Patrzysz na moją szyję i podskórne kręgi, nagle zaskakująco chłopięce. Opieram stopy, jedną na każde Twoje nagie udo. Patrzysz mi prosto między nogi. Niemal czuję ukłucia jasno niebieskich oczu. Przymykam powieki. Rozkoszuję się dymem i Twoim zachłannym spojrzeniem. Uśmiechasz się badając czubkiem języka ostre krawędzie błyszczących zębów.

Te wszystkie rzeczy, których nie wiesz, których się zaledwie spodziewasz, one podniecają najbardziej.

Opieram stopę na Twoim brzuchu. Jest miękki. Mam ochotę poślinić palec i zakreślić koło dokoła Twojego idealnego pępka. Wsadzić go do środka. Podrażnić się trochę.

Te wszystkie rzeczy, które sprawiają że przełykasz nagle ślinę, których musisz się domyślać z podpatrzonych tików nerwowych, one podniecają najbardziej.

Przesuwam stopę w dół. Tracisz cierpliwość, irytujesz się. Sprawiasz, że wszystko się topi, a cała wilgoć paruje. Chcę Cię sprowokować do odrobiny przemocy.

To jak odrywasz usta, a na brzegu białej filiżanki zostaje różowy ślad. To jak podwijasz mankiety koszuli. To jak rozpalasz papierosa bez użycia dłoni, trzymając go w stulonych ustach. To jak zakładasz ręce na kark. To wszystko sprawia, że wiem, od pierwszego spojrzenia, że będziesz potrafiła zrobić mi to wszystko co kryje się głęboko, za fasadą białego, z pozoru niewinnego ciała. Zrobisz mi wszystko o co wstydzę się poprosić.

Zrywasz się nagle, łapiesz mnie za nadgarstki. Chcesz mnie pocałować. Nie mogę na to pozwolić, wtedy stracę całą, i tak wątłą kontrolę. Zrywasz z siebie koszulę, chcesz zdjąć moją koszulkę. Odsuwam Twoje ręce, odpycham Cię. Syczę przez zęby, że tym razem nie pójdzie Ci tak łatwo. Pójdzie Ci jeszcze łatwiej niż za każdym innym razem.

Wirujemy pomiędzy kuksańcami aż do drzwi małej sypialni, którą niemal całą wypełnia skrzypiące łóżko. Rechoczesz na widok wykrochmalonej, czyściutkiej pościeli, że jednak się przygotowałam. Rzucasz mnie na łóżko. Wierzgam i kopię by tylko znaleźć się na górze. Łaskawie kapitulujesz, choć bardzo chcesz mnie mieć, uspokoić te długie nogi i ręce, latające na wszystkie strony. Dyszę jak po długim biegu i zagryzając dolną wargę, aż piszczę z zadowolenia po tym nietrwałym zwycięstwie. Układam sobie Twoje ciało podług swoich fantazji. Unoszę się nad Tobą, drażnię, zawsze kilka milimetrów za daleko. Staram się ogrzać oddechem drogę na dół, muskając czubkiem języka wystające kości. Z chichotem nurkuję między Twoim nogami.

Szczytujesz bardzo szybko i mocno. Przewracam z zadowolenia oczami, gdy zaciskasz palce na moich włosach. Wzniesione do góry niebieskie źrenice i naprężone mięśnie. Najpiękniejszy widok. Ukojenie na chwilę. Żadnego odpoczynku.

To trwa wiele godzin. Przy pełnym świetle. Mamy siebie nawzajem we włosach. Pomiędzy zębami. Pod paznokciami. Nie możemy się sobą w żaden sposób nasycić. Gdy osiągamy orgazm równocześnie, skryte w swoich ramionach, na usta cisną się zakazane słowa.

Wychodzisz spod prysznica. Ubierasz się. Rechoczesz gdy znajdujesz majtki pod lodówką. Przyglądam Ci się spod przymkniętych powiek, rozłożona w poprzek łóżka. Na brzuchu, z wypiętą lekko pupą. Zmęczona i pachnąca seksem. Teraz to mi nigdzie się nie śpieszy.
-        Musisz już iść. – stwierdzam, czując jak nadchodzi błoga senność.
-        Potrzeba mi jeszcze ze dwóch godzin zanim doprowadzę się po tym wszystkim do porządku. – mówisz z jakąś dziwną satysfakcją.
Widzę jak drżą Ci dłonie, głos spina coś na kształt wzruszenia. Patrzysz na mnie opierając się futrynę sypialnianych drzwi. Już w marynarce, bawiąc się kluczykami. Wzruszam ramionami. Odwracam głowę. Nic mnie to nie obchodzi. W tej chwili jestem na granicy uczuć, których nie chcę. Oszukuję się, że jest mi wszystko jedno, że jestem samowystarczalna. Wychodzisz, zatrzaskując za sobą drzwi. Może się ociągałaś, może nie. Whatever.



Brak komentarzy: