sobota, 13 listopada 2010

INNER SIDE OF WET Rozdział I

WEWNĘTRZNA STRONA WILGOCI

ROZDZIAŁ I

Gdy otwieram drzwiczki samochodu jestem już cała wilgotna. Przygotowana od momentu gdy skończyłyśmy ostatnio. Otwarta zanim wszystko się na dobre zaczęło. Trochę walczę z radiem ukrytym pośród gładkiej, skórzanej tapicerki, ale zbytnio trzęsą mi się ręce. Mam sucho w ustach i mokro w majtkach.

Przez moment chcę żebyś w ogóle się nie pojawiła, nie wsiadła. Przez moment chcę uciec gdzie pieprz rośnie. Przez moment chcę się szybko zaspokoić, tutaj, na przednim siedzeniu Twojego samochodu. Zajęłoby mi to zaledwie kilka sekund. Myślę o mokrej plamie jaką celowo zostawiłabym na ciepłym fotelu. Twoja ruda żona kręciłaby nosem i wierciła się, mówiąc ;
– Coś tutaj dziwnie pachnie… jakby… -

Myślę, żeby się zaspokoić, tylko po to by móc odważnie spojrzeć Ci w oczy. Oszukać, że jestem panią własnego pożądania.

Niczym kot z daleka rozpoznaję Twoje kroki. Jeden upragniony dźwięk pośród innych. W lusterku wstecznym obserwuję jak się poruszasz. Szybkim, charakterystycznym gestem zrzucasz z ramion czarne włosy. Nie mogę oddychać. Dłonie ukrywam między nogami. Naciskam na rozporek obcisłych jeansów, na mocny szew. Nie pomaga. Mogę jedynie ukryć drżenie, które się wzmaga i wzmaga. Podniecenie nie nadchodzi łagodnymi falami. Jest jak upiorny, tępy ból, w miejscu gdzie teraz jestem najmocniej. Gdzie wszystkie moje nerwy i żyły zbiegają się, niczym zatłoczone, rozgrzane drogi. W gorącym, tętniącym środku.

Trzask drzwi jest jak finalne uderzenie, podniesienie kurtyny. Biorę głęboki oddech. Zaczęło się.

Uśmiechasz się na widok kluczyków tkwiących w stacyjce. Bębnisz palcami po kierownicy. Czuję jak mi się przyglądasz. Czuję ślizgające się niebieskie, niemal przezroczyste oczy. Zapalasz dwa papierosy. Podajesz mi jednego. Sięgam po niego po omacku. Ślad Twoich ust, Twoje usta w moich, staram się nie myśleć o niczym innym poza rakotwórczym dymem. Nie mam odwagi na Ciebie spojrzeć. Kręci mi się głowie. Jestem pijana od Twoich perfum, od tego zwierzęcego, czekoladowego zapachu, który przebija się spod środka. Tak pachną Twoje włosy i duszne, ciemne zakamarki, które ukrywasz przed resztą świata. Każda żyłka podskakuje jak szalona. Zaciągam się papierosem. Ukrywam westchnienie. Ruszamy.

Łudzę się, że jesteś tak skupiona na jeździe, że staję się niewidzialna. Łudzę się, bo wciąż bezczelnie na mnie patrzysz. Prowokujesz. Oglądasz sobie dokładnie każdy odsłonięty skrawek białej, piegowatej skóry. W duchu dziękuję, że jest grudzień, że szalik i gruby płaszcz. Zasłonięte wgłębienie nad słonecznym splotem, gdzie skóra podskakuje w takt przyśpieszonego pulsu. Dłonie wciskam wciąż głębiej i głębiej, między złączone nogi. Pod paznokciami czuję skórzaną tapicerkę. Siedzę jak grzeczna dziewczynka. W moje ciało wbijają się setki szpilek.
 
Mkniemy zabytkową częścią miasta. Jest szare, zimowe popołudnie. Mosiężne wykończenia i brukowane krawężniki. Wysokie okna i wąskie uliczki. Rozświetlone na miodowo wnętrza. Zapach dymu i rozpuszczającego się, brudnego śniegu. Wszystkie te szczegóły ledwo muskam wzrokiem. Twój uśmiech doprowadza mnie do szału. Wiem, że w gruncie rzeczy jesteś miłą, fajną babką. Ale ten uśmiech… jakbyś zawsze chciała zrobić mi krzywdę. Pełen satysfakcji z samej siebie i ochoty by usadzić mnie we właściwym miejscu, pokazać do czego tak naprawdę się nadaję. Długie czarne włosy, rozchylony kołnierzyk czarnej koszuli, męska kamizelka szyta na miarę. Niebieskie oczy, bezlitosne, tak mocno błękitne, że w świetle dnia wytracają kolor. Ciemny make up, rzęsy wytuszowane na sztywno. Mocne dłonie, jakby doszyte, nie pasujące do drobnego, zwinnego ciała. Jesteś jak czarny płomień falujący w powietrzu, którym nie umiem oddychać. Ładnie Ci z resztkami opalenizny, pamiątką po wakacjach nad Pacyfikiem, gdzie bawiłaś się w piaseczku, z żoną i dzieciakiem. Nie czuję zazdrości, jedynie ulgę. Nie muszę robić dla Ciebie tego wszystkiego. Niańczyć, gotować, jeździć na wakacje w tropiki. Ze mną tylko się pieprzysz. Do upadłego. Gdy zwracasz na mnie pytający, rozbawiony wzrok i w swoim ulubionym grymasie stulasz usta, natychmiast spuszczam głowę. Oczy nakrywam grzywką. Też noszę czarne włosy. Niektórzy mówią, że jesteśmy do siebie trochę podobne. W pewien sposób cholernie mnie to podnieca. Próżność aż do perwersji. Pieprzenie się z bliźniaczką.

Gdy wysiadamy podchodzisz do mnie kołysząc wąskimi biodrami i podajesz mi ramię. Patrzę Ci prosto w oczy. Zimowy chłód działa na mnie kojąco, studzi wrzące policzki. W iskrzącym mrozem powietrzu nie czuć zapachu mojej mokrej cipki. Mimo to wciąż nie mam odwagi się odezwać. Idziemy razem wąskim krawężnikiem, ściągając spojrzenia. Ty w czarnej marynarce, z rozchyloną koszula, rozwianymi, długimi włosami i sardonicznym uśmiechem, jakbyś wlokła zdobycz do swojej jaskini. Ja lekko schowana za twoim ramieniem, przez chwilę bardzo pewna siebie. Mała, czarnowłosa, krótkowłosa, w marynarskim płaszczu o złotych guzikach. Chłopiec o wielki brązowych oczach i pełnych, miękkich ustach. W moim spojrzeniu jest coś złego. Rozmarzona pewność kobiety, która jest o krok od spełnienia i nie cofnie się przed niczym by sięgnąć po wszystko. Ani trochę mniej, ani trochę więcej niż wszystko. Trochę determinacji i trochę zgody na cierpienie.

Gdy wchodzimy po schodach Twoje spojrzenie zawiesza się na mojej pupie, na udach. Mam wrażenie, że gapisz się na wielką, mokrą plamę na moim tyłku. Tak się czuję. Jakbyś zaraz miała mnie rozetrzeć na miazgę. Będziesz jak uderzenie. Sprawisz, że stracę równowagę i polecę gdzieś daleko poza siebie.

Otwieram drzwi do swojego mieszkania. Wchodzisz pierwsza. Czujesz się bardzo pewnie. Byłaś tutaj nie raz, ale wciąż na tyle krótko, że jest to jawnie bezczelnie. A ja znikam. Opieram się plecami o drzwi i udaję, że mnie nie ma.

Rzucasz marynarkę na kanapę, rozpinasz kamizelkę. Klepiesz się po kieszeniach wyjmując po kolei kluczyki, zapalniczkę, paczkę fajek, z uśmiechem diabła, jakbyś mówiła „żeby Cię nic nie uwierało, Słońce”. Przedmioty z brzękiem upadają na szklany stolik. Ostatnie dźwięki. który łączą mnie z rzeczywistością. Unosisz ręce do góry, podwijasz rękawy. Pod pachami plamy potu, ale nie wierzę w nie. Nie jesteś dla mnie człowiekiem. Odrzucasz czarne włosy do tyłu, przeczesujesz je palcami. Dolatuje do mnie ich zapach. Jestem taka przeczulona. Boli mnie każdy mięsień. Czuję adrenalinę, która chlupocze  w żyłach. Jakby zaraz miało się zdarzyć coś przerażającego. Potrzyj mnie kciukiem, a zapłonę. Musisz mi tylko rozpiąć spodnie.

Odwracasz się w moją stronę. Rozdrażniona, że ja jeszcze w  płaszczu, jeszcze w drzwiach. Podpierasz się pod boki, zaczepna jak mały kogucik.
-    Powiesz coś ? Odezwiesz się dziś do mnie? – pytasz – Kiedyś miałaś mi tyle do powiedzenia, lubiłaś ze mną rozmawiać. A teraz albo milczysz albo słucham jak jęczysz…

Na dźwięk Twojego głosu wywracam oczy. Jest niski, gardłowy, niemal kojący, bardzo niebezpieczny. Jak pieszczota, zdecydowana, ale delikatna. Do tej pory w całe to wydarzenie zaangażowana była tylko moja cipka. Teraz angażuje się serce. Przestajesz być tylko ciałem. Stajesz się głosem i myślą. Serce trzepocze. Jest bliskie szaleństwa, a zarazem bardziej świadome niż reszta mnie.

Źle interpretujesz moje wywracanie oczami, szarpnięcie głową.
-    Opowiedz mi coś. – mówisz – Chcę wiedzieć o tobie wszystko. Tęsknię za twoimi zwariowanymi monologami. Powiedz mi coś, proszę…

Opuszczam nisko głowę i zaciskam dłoń na klamce. Co mam Ci powiedzieć? Że jestem obecnie zredukowana do myślenia o pieprzeniu? Że jestem pozbawiona słów? Że myślę tylko o uldze jakiej doznam, gdy Twoja dłoń zacznie się wwiercać we mnie?

Podchodzisz do mnie co raz bliżej, z tym koszmarnym uśmiechem. Kąciki Twoich wilgotnych ust drżą.
-    Powiesz? – twój głos jak pomruk podnieconego kota – Powiesz mi coś, Katie? –

Jesteś już na wyciągnięcie dłoni. Opuszczam głowę jeszcze niżej. Jak skarcona uczennica. Grzeczna dziewczynka. W środku szaleje pożar. Marzę by uciec zanim wszystko ulegnie zniszczeniu.

Sięgam dłonią do tyłu i natrafiam na skórę swojego karku. Wbijam z całych sił paznokcie. Niech mocny ból, niech cokolwiek oderwie mnie od ogłupiającego pożądania, które czyni ślepą, głuchą i niemą.

Rozpinasz mój płaszcz. Przyciskasz mnie do drzwi. Opieram czoło na twoim ramieniu, zmęczona i bliska utraty przytomności, utraty wątłej kontroli. Nie mam już siły, choć tak bardzo chciałabym zawalczyć.
-    Powiesz mi, Katie? – powtarzasz jak w transie, mruczysz jak hipnotyzerka.

Kolanem rozsuwasz moje nogi. Gdybyś nie podtrzymywała mnie tak mocno, już dawno leżałabym na ziemi. Zdejmujesz mi płaszcz i szalik. Rozbierasz jak szmacianą lalkę. Pierwsze fala powietrza na rozgrzanej, nagiej skórze jest jak cios. Zamykam oczy.
-    Powiedz mi wreszcie, Katie…. – dalej szepczesz to cholerne zaklęcie.

Za każdym razem gdy wymawiasz moje imię łechtaczka zaczyna się wiercić. Unosisz mnie lekko do góry. Przyciskasz i unieruchamiasz. Szybkim zdecydowanym ruchem rozpinasz mi spodnie. Jestem tak zaskoczona, że nie reaguję. Nabieram spazmatycznie powietrza. Jakbym tonęła. Duszę się. Krótkie, urywane posapywanie, jak u małego zwierzątka. Podajesz mi swoich ustach kolejny oddech.

Twój język. Twoje usta. Delikatnie, zdecydowanie i znów delikatnie. Badasz sklepienie mojego czarnego podniebienia. Gryziesz mnie w wilgotną wargę, aż do krwi. A potem ssiesz, ssiesz , tak długo aż nie zostanie nic, nawet zawiązywanie się tkanek gdzieś pomiędzy naruszonymi krwinkami. Wiesz, że tak lubię. Wiesz co mnie tylko podnieca, a co doprowadza do obłędu.

Całujesz gorące policzki, gryziesz w szyję, jedną dłonią badasz mój puls we wgłębieniu obojczyka, szukasz drogi w dół.  A ja myślę tylko „ żeby już, żeby już, zrób to… nie cofaj się przed niczym...” .

Zmuszasz mnie bym patrzyła Ci w twarz. Całuję Cię głęboko. Mamy otwarte oczy. Gubię się pomiędzy Twoimi gęstymi rzęsami.

I wtedy sięgasz po mnie. Szybko ściągasz mi spodnie, rozpinasz swoje. Zanim zdążę cokolwiek zrobić, dobrać się do Ciebie, zgodzić się lub zaprotestować, już jesteś w środku. Bez ostrzeżenia wchodzisz we mnie. Gładko. Bez oporu. Po raz pierwszy tego wieczoru widzę jak z Twojej twarzy znika upiorny uśmiech. Drgnięcie wewnętrznego mięśnia i jęk.
-        Powiedz mi, Katie… - wyrzucasz z siebie spomiędzy westchnień i pchnięć – … czy wiesz, że kiedyś ożenię się z Tobą?
-        Wreszcie przestań…  pierdolić bzdury…  tylko pieprz mnie. –
I to jest pierwsza rzecz jaką zdołałam do Ciebie powiedzieć tamtego wieczora.

Brak komentarzy: