piątek, 12 listopada 2010

Body double

We are a couple, 
when our bodies double.

Poznaję od nowa swoje dłonie. Są do krwi zniszczone nieustanną pracą we wnętrzu twojego brzucha.

-    Wejdź, rozgość się. – mówisz.

Wskazujesz mi szpitalne krzesełko o podpiłowanych nogach. Grzecznie siadam. Posłusznie zsuwam kolana. Jak uczennica.

Związujesz mi na plecach dłonie. Srebrną taśmą izolacyjną. Mocną i pospolitą. Zawsze marzyłam o czarnej wstążce, którą wpierw przeciągnęłabyś między udami.

Na brzegu szpitalnego stołu siedzi twój sobowtór. Zapraszająco rozsuwasz jego nogi.

-    Spójrz. Zobacz. Skosztuj. – mówisz. – Nie wierz w to co mówią. W to co w telewizji. I w szeleszczących gazetach. W to co szepczą sobie nawzajem do ucha.

Gdy tylko wchodzisz do zatłoczonej sali przynosisz we włosach wiosnę. Wystarczy jedno spojrzenie i każdy wie, że to spojrzenie oznacza początek końca waszej wspólnej historii. Widziałam to na własne oczy.

Nawyk opisywania. Nawyk przeżywania by móc nadać nazwę. Nawyk nieuleczalny. Niezniszczalne poczucie wyjątkowości. Odrębność, indywidualność. Jak alergiczna wysypka, która pojawia się w chwilach największego napięcia. Jak wstydliwa choroba stref intymnych, której nie umiesz się pozbyć od dziecka. Regularne nawroty stanu chorobowego.

Gęsta, różowa zupa cieknie po drgającej brodzie. Słowa wypływają lepkim strumieniem z ust, których nie mogę zasłonić. Nie mogę powstrzymać natłoku słów, które potokiem zaczynają się pod żołądkiem. Ręce mam skrępowane na plecach. Palce sklejone srebrną taśmą izolacyjną. Ogonki, kropki i przecinki drażnią delikatny, wrażliwy naskórek.

To może trwać całą noc. Zimową noc pachnącą latem. Objaśniasz mi cierpliwie gdzie twój sobowtór lubi być dotykany, ssany, lizany. Gdzie twój sobowtór lubi by go gryźć i rozdrapywać. Sobowtór sam wystawia krągłości i delikatne powierzchnie w moim kierunku, bym dokładniej widziała. Aktywnie uczestniczy w żmudnym procesie przekazywania niezbędnej wiedzy.

Patrzę. Ciepłe łzy rozbijają się o zaschniętą skorupę różowej zupy.

Sobowtór posłusznie poddaje się twoim czułym dłoniom. Tak dobrze wiesz jak go dotykać. Szalejesz na jego punkcie.

Ta nauka jest mi niezbędna. Wszystkie dziewczęta jakie spotykam na swojej drodze, po krótkich ćwiczeniach ze zwracania na siebie uwagi, przypominają mi twojego sobowtóra. Dlatego tak szybko je porzucam.

Odwracasz sobowtóra na brzuch. Sobowtór figlarnie puszcza do mnie oczko znad nagiego, piegowatego ramienia.
-    Teraz pokażę Ci największy sekret. – mówisz - Pokażę Ci jak doprowadzić mnie do orgazmu. Pokażę Ci jak mnie w sobie rozkochać.

Patrzę. Z rękami skrępowanymi na plecach. Samotna i całkowicie niepodobna do nikogo.

1 komentarz:

Labryska pisze...

Ach, tylko Ty potrafisz tak pisać! zakochana-w-dziewczynie.blog.onet.pl