poniedziałek, 11 października 2010

CANDY CANE [3 . 1]

CANDY CANE [3]

[tokyo dildo] [1/2]

Ten moment w którym dowiadujesz się, że coś jest nie tak. Brakujący fragment układanki, przerzuty i przeżarty, czarny, jak spróchniały ząb. Utrata kontroli naturalna jak smutek. Coś jest nie tak, ale co? Co jest z nią nie tak jak powinno? A może to z tobą? Może to ty jesteś brakującym fragmentem. Wiedza o braku pozwoli ci natrafić na ślad prawdy o całym świecie.

Najmocniejsze są przezroczyste alkohole. Śmiertelne są choroby, które nie mają objawów. Najbardziej boli to o czym nigdy nie mówisz. Najgroźniejsze są pragnienia, o których jeszcze nie chcesz wiedzieć.

Stałam na krawężniku, wgniatając pożółkłe liście do rynsztoka, matowym czubkiem wiśniowego glana. Pod prywatną szkołą, drogim, NIEpublicznym NIEliceum.  Marzłam w cienkim płaszczyku, przetartym na brzegach, z dziurą wypaloną po papierosie, odziedziczonym po sąsiadce z drugiego piętra. Mogłam dostać nowy, ale poprosiłam rodziców, że nie. Niech dadzą mi pieniądze, a ja wydam je na płyty i książki. Wydałam je na płyty i papierosy i piwo, którym upijałam się przesiadując z Doxxą na parkowych ławkach. Jej włosy wplecione w gałązki płaczącej wierzby. Czarna sukienka rozdarta o krawędź gałęzi. Dziecko natury uwięzione w miejskiej dżungli. Schemat zawsze się będzie powtarzał, ze skakaniem po gałęziach, z pocałunkami nad migoczącą taflą wody, z ucieczkami przed nauczycielami i z szkolnym mundurkiem zdejmowanym w pośpiechu, zanim wrócą rodzice. Zmienia się tylko czas, miejsce, sceneria, kostium. I niebezpiecznie pogłębiają się nastoletnie apetyty.

Z niezdrowym zainteresowaniem łypałam na grube płaszcze z wielbłądziej wełny. Na grube rajstopy, plisowane spódniczki i błyszczące buciki. Na długie, wojskowo zielone parki obszywane tygrysim futerkiem, sprowadzone z Londynu, w stylu rubbish, w stylu oasis. Na złote guziki i teczki z prawdziwej skóry. Wielkie segregatory obklejone zdjęciami wydartymi z Q i z Select, noszone w skrzyżowanych ramionach, w stylu amerykańskim. Patrzyłam na samochody o klimatyzowanych wnętrzach i zapraszające otwarte ramiona tatusiów i mamuś. Czułam mocny zapach perfum, których flakonów nigdy nie dane było mi ani dotknąć ani zobaczyć. Widziałam sytą przeszłość i stabilną przyszłość. Widziałam płatne studia i znajomości, które pozwolą znaleźć pracę, współmałżonka i wakacje nad tropikalnym morzem, którego wody nigdy nie dane będzie mi skosztować, choć mogłam w każdej chwili zaryzykować przytopienie. Widziałam samolot, którym nigdy nie polecę, widziałam bieliznę, na którą nigdy nie wydam tyle ile powinnam i samochód, którego nigdy nie nauczę się prowadzić w obawie, że nie będzie mnie na niego stać. Trzęsłam się jak osika w staromodnym płaszczyku, z czarną torba wypełnioną kasetami zgrywanymi z radia i marzeniami, które nigdy nie nabrały stanu chorobowego, które nigdy nie zmieniły się w zazdrość. Nie byłam zawistna. Tylko smutna. I przedziwnie świadoma swojego głodnego losu.

I wtedy Doxxa pojawia się u szczytu schodów. W granatowych lenonkach i zamszowej marynarce. Nie ma przy sobie żadnych książek, zeszytów, plecaka ani torby. Zapala papierosa. Zimny wiatr skręca jej włosy w czarne loki. Natychmiast zapominam o zimnie i pustym brzuchu. Pojawia się głód innego rodzaju. Krzyżuję nogi, trę kolanem o kolano. Wciskam ręce w kieszenie tak mocno, że przez dziurawą podszewkę czuję kości swoich bioder. Ocieram o nie zbielałe knykcie. Doxxa na stopniach swojej starej szkoły z tradycjami, zaciągająca się papierosem, wyznaczy już na zawsze uniwersalny kanon piękna.

Doxxa uśmiecha się szeroko i wskazuje na coś czarnym paznokciem, poruszając porozumiewawczo brwiami. Znam ten uśmiech. Zwiastuje kłopoty. Słodko gorzkie kłopoty rozchodzące się symfonią wzdłuż jeszcze wątłego kręgosłupa, który ugina się pod ciężarem kiełkującej kobiecości. Pod drzewem, obsypanym na żółto jesiennymi listkami, stoi wielkie czarne auto. W wielkim czarnym aucie siedzi tatuś Doxxy. Doxxa wita się z nim, zarzucając mu chude ramiona na klapy płaszcza z ciężkiej wełny. Tatuś całuje ją w czoło, wyjmuje papierosa z palców i wkłada go sobie między zęby. Tatuś Doxxy jest jednym z tych mężczyzn, których do tej pory oglądałam jedynie na okładkach czasopism. Jest marzeniem popołudniowej telewizji. Jest mokrym snem mojej nauczycielki od polskiego. Doxxa otwiera drzwiczki i wskazuje wnętrze parujące sosną, piżmem i testosteronem.  Z niedowierzaniem patrzę na nią, na drzwi jej szkoły, na czarny samochód, na jej tatusia. Doxxa jest elementem układanki nie pasującym do tego wszystkiego. To właśnie wtedy czuję to, że coś jest nie tak. Myliłam się. Doxxa nie jest taką dziewczyną jak ja. Tam gdzie dla mnie kończy się ubaw, dla niej dopiero się zaczyna. Tam gdzie ona się dobrze się bawi, ja będę walczyć o życie.

11 komentarzy:

baluk pisze...

Przykre jest to, że gdyby zrobić z tego film, to by wyszła pewnie jakaś szmira dla nastolatek.

lipshit pisze...

Z oceną poczekaj do końca opowieści.

Z drugiej strony jaki jest sens powtarzania za tym co już jest w tekście? Cyt;

"Schemat zawsze się będzie powtarzał, ze skakaniem po gałęziach, z pocałunkami nad migoczącą taflą wody, z ucieczkami przed nauczycielami i z szkolnym mundurkiem zdejmowanym w pośpiechu, zanim wrócą rodzice. Zmienia się tylko czas, miejsce, sceneria, kostium. I niebezpiecznie pogłębiają się nastoletnie apetyty. "

baluk pisze...

Publikujesz kawałek, oceniam kawałek. Skończysz opowieść, ocenię całość. Zresztą to nie jest ocena tekstu, tylko hipotetycznego filmu. Tekst mi się podoba, nieco drażliwa czasami autorko.

lipshit pisze...

Jestem tępicielem tautologii z zamiłowania. Fragment bloga jest o nastolatkach, dostaję komentarz w stylu "no tak, ale to jest o nastolatkach". Nie lubię komentowania dla samej przyjemności komentowania, pisania by pisać, mówienia byle tylko się odezwać.

Tak samo jak nie rozumiem wypowiedzi "Oceniam, ale oceniam hipotetycznie. I to nie bloga, ale hipotetyczny film".

Tym bardziej, że oceny wystawia się w szkołach, a te już dawno skończyłam. I mam je gdzieś. Oceny, szkoły i cudze zdanie na temat tego co piszę, jak piszę i o czym piszę. I mam jaja by się do tego przyznać.

baluk pisze...

Gdybyś miała to wszystko gdzieś, to byś się tak nie bulwersowała, easy katarzynofrank.
A komentarz ma często na celu nie tyle ocenę tekstu, pod którym widnieje, ale również niejednokrotnie jest wyrazem skojarzeń, myśli, czegokolwiek z nim związanego. I mi się pomyślało, że lesbijskie filmy o nastolatkach pewnie też mają dobry scenariusz i opowiadają ciekawą historię, ale realizatorzy robią z nich zwykle ckliwy bełkot.
Zresztą, nie zmoderowałaś komentarza, znaczy, że chciałaś, żeby się tu pojawił.
Pozdrav.

lipshit pisze...

And now you are talking. Nie można było tak od razu?

Jeżeli dzięki bulwersowaniu się otrzymam fajny i rzeczowy przekaz z sensem, to będę się czepiać już zawsze.

Pozdrawiam,
Katarzyna Frank, największa bicza i diva w jednoosobowym mieście.

baluk pisze...

I słusznie.
Baluk, największa naiwniara w jednoosobowym mieście.

shadow pisze...

podoba mi sie, chyba masz talent

lipshit pisze...

To "chyba" mnie rozczuliło.

obsession000 pisze...

Katie, powiedz mi, jak piszesz swoje teksty? Przychodzi Ci to z łatwością? Otwierasz dokument Worda i jednym tchem opowiadasz całą historię czy może zbierasz słowa przez długie dni, zapisujesz, zmieniasz, sypiasz z notatnikiem pod poduszką? To jest łatwe i mechaniczne czy czasochłonne i dojrzewające przez długie godziny?

lipshit pisze...

Nie mam jednej ustalonej metody twórczej. Zazwyczaj pracuję nad kilkoma projektami na raz, bez określonego harmonogramu (w chwili obecnej Książka, lipshit, dwa projekty poboczne + dwa projekty tłumaczeń). Prawda jest taka, że im więcej zajmuję się pisaniem, tym są lepsze efekty. To trochę połączenie impulsu, natchnienia, wpływu muzy, sumy doświadczeń i ... ciężkiej pracy. Mam tylko jedną zasadę. Każdy tekst musi odleżeć co najmniej 24h zanim się ukaże.