niedziela, 3 października 2010

CANDY CANE [2]

CANDY CANE [2]

[kiss and heal]

Wiem gdzie na pewno się nie poznałyśmy. Wiem, które koncerty to nie były. Ale nie mogę sobie przypomnieć, gdzie tak naprawdę zobaczyłam ją po raz pierwszy. Niech będzie torwar, niech będzie agrykola, niech będą wszystkie parkowe przestrzenie przemierzane na wagarach. Miałam wtedy rude włosy. Poczochrane, marchewkowo rude. Płonąca głowa, tak się czasem podpisywałam pod licealnymi wypracowaniami. Nosiłam glany i podarte rajstopy. Kurt Cobain nie robił na mnie żadnego wrażenia. Uważałam, że jego żona jest o wiele fajniejsza, ale bałam się do tego przyznać. Nie znosiłam cholernie popularnego Heya. Pisałam barokową powieść o dziewczynce zamkniętej w wielkim domu u szczytu brukowanej ulicy i zakochanej w treserce lwów z pobliskiego cyrku. Stałam pod siatką odgradzającą poczochrany, ubrany na czarno tłum od koncertowego zaplecza. Obserwowałam z daleka Doxxę nie mogąc się nadziwić skąd można mieć tyle samozaparcia, jak można tak bardzo się nie bać. Być tak cudownie zblazowaną, a z drugiej strony nie mieć zupełnie szacunku do samej siebie. Doxxa z uporem maniaka wdrapywała się na siatkę ogrodzenia i wspinała na pudła po rozstawionym sprzęcie. Znikała na piętnaście minut, po czym pojawiała się znów, po właściwej stronie siatki, w asyście dwóch wielkich ochroniarzy. Wierzgała, kopała i gryzła, ale i tak lądowała w tym samym miejscu. Na swojej chudej pupie. Tuż przed tłumem domniemanych kolegów i koleżanek, którzy znad paczek west ice rzucali spojrzenia pełne politowania. Doxxa miała to gdzieś. Znów zaczynała się wspinać, przeskakiwała na stos czarnych pudeł i znikała. Po czym znowu. I tak z pięć, może sześć razy. Kompletnie tego nie rozumiałam.

Doxxa miała na ramieniu tatuaż w kształcie ważki. Patrzyłam na niego oczami wielkimi jak pięć złotych. W rzeczywistości był pewnie mniejszy i nie tak rozłożysty. Teraz ta ważka staje mi przed oczami niczym orientalny ornament. Wtedy nawet nie podejrzewałam, że będę miała swoje tatuaże. Wtedy wydawało mi się to wyczynem na miarę podbicia jakiegoś małego państwa. Czymś nieosiągalnym. Medalem za niezwykłą odwagę, kreatywność i wytrzymałość na ból. Teraz już wiem, że potrzeba do tego pieniędzy nie odwagi, kreatywność własną zawsze ogranicza kreatywność tatuażysty. No i wcale nie boli.

Była strasznie chuda, androgyniczna. Nie byłam pewna z kim mam do czynienia i niepokoiło mnie to. Niepokój wbijał się między nogi, tam go właśnie odczuwałam. Zaczynałam się wiercić i dyskretnie podciągać rajstopy pod spódniczką w szkocką kratę, gdy tylko zbliżyła się do mnie. Walcząc z krwistym rumieńcem, powtarzając pod nosem niczym mantrę „nie możesz mnie zobaczyć, nie możesz mnie zobaczyć…”, udawałam, że nie patrzę w jej stronę. Wtedy to się zaczęło. Upodobanie do chudzielców. Do mocno pomalowanych rzęs. Do czarnych włosów, farbowanych, o niemal niezauważalnej linii blond odrostu. Czarnowłosa Doxxa, płaska jak deska, w pistacjowym, wymiętym podkoszulku i szarych, podartych jeansach o wysokim stanie. Czarny pasek podwędzony tatusiowi i martensy na wzmocnionej platformie, jak z teledysku Marylin Mansona, buty, które wtedy były szczytem konsumpcyjnych marzeń. Cały majątek porozsypywany pod wypchanych kieszeniach. Drobne, paczka złotych marlboros, czarna kredka do oczu maybelline, żyletka polsilver, na wpół zużyte opakowanie tabletek „z krzyżykiem” i  nawilżany condom durexa, niemal nie do zdobycia dla nasto – śmiertelnika. Miałam na sobie koszulkę w biało czarne pasy i czarny sweterek obszyty wiśniowym futerkiem. Legendarny sweterek, którego zazdrościłam sama sobie, a który był wtedy tak bardzo in indie fashion, że wciąż musiałam go pilnować, wciąż udaremniając bezczelne próby kradzieży, odganiać stado długowłosych nimfetek w kurtkach pospinanych agrafkami, z naszywkami „nirvana” i „green day” (ostatecznie sweterek lata świetlne później ukradła mi pewna nimfomanka, w zemście za skuteczny podryw w Luzztrach). Doxxa  ujęła w dwa palce brzeg wielkiego, futrzanego kołnierza mówiąc;
-    Fajny… - przysunęła nos blisko mojej twarzy i wciągnęła mocno zapach dojrzewania – Chodź ze mną. Chodź to coś ci pokażę…
Moje koleżanki wydęły kpiąco wargi. Wiedziałam, że nie mogę się ruszyć, że nie powinnam nawet na nią patrzeć. A z drugiej strony przeczuwałam, że muszę dowiedzieć się co czeka na mnie po drugiej stronie parku, który wskazywała palcem Doxxa. Z jej paznokci odchodził niechlujnie nałożony, czarny lakier.

Wódka zakopana pod krzakiem. Nie wino, nie piwo, ale wódka. Napój dla prawdziwych, małych twardzielek. Większym wyzwaniem mógłby być jedynie gin lubelski bez toniku, po którym całą noc odbija się jałowcem. Albo balsam pomorski, od którego zawsze mnie mdliło. Albo rum Seniorita, bez coli. Nie pamiętam marki tej wódki, ale myślę, że była podła. Czerwona Kartka na przykład. Mocuję się z kapslem kalecząc się w palec. Gruba, pojedyncza kropla krwi pojawia się na delikatnej opuszce. Obie przypatrujemy się jej niemal stykając nosami. Aż dyszymy z podekscytowania. Żadna z nas nie jest jedną z tych wymuskanych panienek, które mdleją na widok igieł czy wierteł. Przyglądamy się czerwieni z najwyższą ciekawością. Oto dowód, że istniejesz naprawdę. Nagle bardzo mocno pragnę by Doxxa również zacięła się w palec. Do głowy przychodzi mi pierwszy test z realności, pierwszy etap gry w „truth or dare”, która będzie się ciągnąć między nami jeszcze przez wiele miesięcy, dopóki nie pozostanie już żadna prawda do odkrycia, a każdemu wyzwaniu będę w stanie dla niej podołać.
Doxxa wyjmuje papierosa z zębów.
-    Boli? – pyta z najniewinniejszym uśmiechem, jakby upewniając się, że boli. Musi strasznie boleć, takie straszne skaleczenie.
-    Boli. – przyznaję z trudem, mimo że jedyne co czuję to łaskotanie jej włosów na policzku.
-    Pocałuję to przestanie boleć. – Doxxa przysuwa się jeszcze bliżej, choć wydawało mi się to niemożliwe.
-    Chcesz mnie pocałować w palec? – odsuwam się krzywiąc się. Wizja mojej krwi na białych zębach Doxxy nie przemawia do mnie. Jestem pokoleniem wychowanym w dużym szacunku do wampirzych apetytów. Wiem, że ludzie z krwi i kości ich nie posiadają.
-    O nie… na pewno nie. Nie w palec. – Doxxa jest nieustępliwa. - No daj się pocałować. Zobaczysz, zapomnisz, że boli. 
-    Obiecujesz?
-    Obiecuję. – Doxxa uspokajająco kładzie dłoń na moim ramieniu i mówi z amerykańskim akcentem – Kiss and heal. Heal and forget.
Zaczynam się cała trząść, opleciona lodowatymi dreszczami jak ciasną siecią. Nie jest mi zimno. Jest mi gorąco. Nie umiem tego opanować, choć bardzo się staram. Zupełnie jakby każdy nerw odmówił posłuszeństwa. Lada chwila a zacznę grzechotać zębami. Doxxa jednak nie traci czasu. Ujmuje moją twarz w dłonie. Czas błyskawicznie zwalnia.
Jestem przekonana, że poczuję smak dymu papierosowego, nutkę wódki i twardy język wciskający się na siłę co raz głębiej w usta. Doxxa niczym mnie nie zaskoczy. Będzie tak jak do tej pory, z pijanymi chłopcami i z ciekawskimi dziewczętami z dobrych domów. Jest zupełnie inaczej. Czuję smak gumy orbit dla dzieci. I niespodziewaną, wilgotną delikatność, od której kręci się w głowie.  Właśnie nauczyłam się co to znaczy naprawdę się całować. Niemal urywa mi się film. Tak powinna się zakończyć ta scena. Padam bezwładnie u stóp rozchichotanej Doxxy.

Bo to był najwspanialszy pocałunek na świecie. Do tej pory prześladuje mnie po samotnych nocach.

Kiedyś wierzyłam, że wszystkie pocałunki będą takie. Zdarzają się co raz rzadziej. Epickie pocałunki stulecia. Im jestem starsza, tym bardziej tracę wiarę w ludzką zdolność do naprawdę dobrego całowania się. Tak niewielu ludzi umie się dobrze całować w tych ponurych czasach. To jest cenna umiejętność. Cenniejsza niż sprawne robienie laski czy staranna minetka. Umiejętny pocałunek jest najpotężniejszą bronią.

11 komentarzy:

baluk pisze...

Ludzie tu mało komentują, bo nie wiedzą, co napisać, bo zawsze wypadną przy Tobie blado.
Ja też nie wiem, co napisać. Może tyle, że obrazowe to Twoje pisanie bardzo. Szczegóły sprzyjają wyobrażeniom.

lipshit pisze...

Mało komentarzy, bo tego bloga nikt nie czyta. A nawet jeśli to trudno jest stukać w klawiaturę jedną ręką.

Em pisze...

Ja nadal czytam. I przyznaję się do pisania jedną ręką. W drugiej zwykle trzymam filiżankę z kawą.

baluk pisze...

Cóż, masturbacja przy komputerze to dla mnie zbyt wysoki stopień koordynacji różnych części ciała i jaźni. Nie mam na tyle podzielnej uwagi, by miało to jakieś satysfakcjonujące mnie efekty.

lipshit pisze...

To kwestia wprawy, trust me. 5000 czytelników nie mogło się mylić.

lipshit pisze...

Świństwa przy kawusi. Na służbowym laptopie najlepiej...

baluk pisze...

Najwyraźniej mam inaczej niż te 5000, bo wolę nie być ograniczona do jednej ręki.

lipshit pisze...

i ktoś tutaj wspominał o braku koordynacji....

baluk pisze...

...z której żadna nie stuka akurat w klawiaturę.

lipshit pisze...

Skoro lubisz sobie potrzymać myszkę w obu dłoniach naraz.

baluk pisze...

Wolę touchpada.