czwartek, 14 października 2010

Statement

To już nie jest era postmodernizmu. Jesteśmy postcamp. Postqueer. Postgender.

It is not postmoderne anymore. It is postcamp. Postqueer. Postgender. 

poniedziałek, 11 października 2010

CANDY CANE [3 . 1]

CANDY CANE [3]

[tokyo dildo] [1/2]

Ten moment w którym dowiadujesz się, że coś jest nie tak. Brakujący fragment układanki, przerzuty i przeżarty, czarny, jak spróchniały ząb. Utrata kontroli naturalna jak smutek. Coś jest nie tak, ale co? Co jest z nią nie tak jak powinno? A może to z tobą? Może to ty jesteś brakującym fragmentem. Wiedza o braku pozwoli ci natrafić na ślad prawdy o całym świecie.

Najmocniejsze są przezroczyste alkohole. Śmiertelne są choroby, które nie mają objawów. Najbardziej boli to o czym nigdy nie mówisz. Najgroźniejsze są pragnienia, o których jeszcze nie chcesz wiedzieć.

niedziela, 3 października 2010

CANDY CANE [2]

CANDY CANE [2]

[kiss and heal]

Wiem gdzie na pewno się nie poznałyśmy. Wiem, które koncerty to nie były. Ale nie mogę sobie przypomnieć, gdzie tak naprawdę zobaczyłam ją po raz pierwszy. Niech będzie torwar, niech będzie agrykola, niech będą wszystkie parkowe przestrzenie przemierzane na wagarach. Miałam wtedy rude włosy. Poczochrane, marchewkowo rude. Płonąca głowa, tak się czasem podpisywałam pod licealnymi wypracowaniami. Nosiłam glany i podarte rajstopy. Kurt Cobain nie robił na mnie żadnego wrażenia. Uważałam, że jego żona jest o wiele fajniejsza, ale bałam się do tego przyznać. Nie znosiłam cholernie popularnego Heya. Pisałam barokową powieść o dziewczynce zamkniętej w wielkim domu u szczytu brukowanej ulicy i zakochanej w treserce lwów z pobliskiego cyrku. Stałam pod siatką odgradzającą poczochrany, ubrany na czarno tłum od koncertowego zaplecza. Obserwowałam z daleka Doxxę nie mogąc się nadziwić skąd można mieć tyle samozaparcia, jak można tak bardzo się nie bać. Być tak cudownie zblazowaną, a z drugiej strony nie mieć zupełnie szacunku do samej siebie. Doxxa z uporem maniaka wdrapywała się na siatkę ogrodzenia i wspinała na pudła po rozstawionym sprzęcie. Znikała na piętnaście minut, po czym pojawiała się znów, po właściwej stronie siatki, w asyście dwóch wielkich ochroniarzy. Wierzgała, kopała i gryzła, ale i tak lądowała w tym samym miejscu. Na swojej chudej pupie. Tuż przed tłumem domniemanych kolegów i koleżanek, którzy znad paczek west ice rzucali spojrzenia pełne politowania. Doxxa miała to gdzieś. Znów zaczynała się wspinać, przeskakiwała na stos czarnych pudeł i znikała. Po czym znowu. I tak z pięć, może sześć razy. Kompletnie tego nie rozumiałam.