środa, 8 września 2010

Dialogi międzyzwiązkowe

Stoję na balkonie zlizując resztkę dżemu truskawkowego z palca wskazującego. Wiatr od strony rzeki jest dotkliwie przejmujący. Zimny i wilgotny. To co sprawiało mi taką radość, to lekkie, londyńskie zwilgocenie zmieniło się w karykaturalny listopad, który możliwe będzie trwał trzy najbliższe miesiące. Do pierwszego śniegu. Chmury układające się nad pomarańczową łuną zachodzącego słońca przecinają przemysłowe dźwigi, wysokie chude ramiona wznoszące się nad bryłą, która już wkrótce skutecznie domknie moją przestrzeń. Jestem nieprzyzwyczajona do tych czerwonych światełek groźnie pobłyskujących każdej nocy. Coś miejskiego, coś co rośnie do monstrualnych rozmiarów wkrada się w spokój moich drzew, w radosne pochlupywanie spienionej rzeki, która znów jest obfita, która znów występuje z brzegów, na spacerach liżąc łapki buldożki. Miasto zbliża się do domu nad rzeką. Rzeki jest co raz więcej.

Opatulam się mocniej wielkim, szaro bordowym szalikiem o grubym splocie. Odpowiadam do słuchawki:
-    To jest możliwe. Znalezienie partnerki w sieci jest możliwe. – kłamię gładko, jak z nut.
W końcu L. nie dzwoni do mnie szukać prawdy, a pocieszenia. Kłamstwa jak różnokolorowe cukierki. Mam ich zawsze pełne kieszenie. Częstuję nimi zagubione dziewczynki, które mimo że dobiegają trzydziestki, wciąż boją się rozmawiać z nieznajomymi.
-    Jest na to sposób. – uśmiecham się sama do siebie, odgarniając czarne kosmyki z twarzy.
Wiatr wzmaga się. Z każdym oddechem bliżej do zimy skutej lodem. Czas zmienić dietę. Niedługo każda samotna nieszczęśniczka będzie znów żreć śnieg.
– Musisz tylko wyobrazić sobie, że za każdym mailem, za każdym zdjęciem w profilu społecznościowym, za każdą forumowiczką na kobiety kobietom stoi robot. Gładki biały android, zaprogramowany by udzielać konkretnych odpowiedzi. Wyobraź sobie, że samotni ludzie nie istnieją, to tylko przemysł rozrywkowy, którym sterują maszyny. Żadna maszyna nie może być zdesperowana, żaden obwód scalony nie będzie Cię chciał wykorzystać czy sprowadzić na emocjonalne manowce. Taki szybki kurs nabierania dystansu dla początkujących.
-    Ty tak sobie radzisz, Frankie? – pyta L. najwyraźniej uspokojona – Wyobrażasz sobie, że ludzie to nie ludzie?
-    Ja nie jestem samotna. – ucinam krótko – Single, owszem. Sama, czasem tak. Ale nie samotna.
Po drugiej stronie zalega cisza. Nie wiem czy to co słyszę to niespokojnie falujący oddech L. czy może fale wzbierającej rzeki.
-    Pojedziesz dzisiaj do niej? – L. pyta z zazdrosnym wyrzutem.
Wywracam zniecierpliwiona oczami. Nigdy nie zrozumiem dlaczego ludzie z którymi nie sypiamy, ludzie neutralni, nasi znajomi, koleżanki są czasem tak chorobliwie zazdrośni.
-    Nie zaprosiła mnie. – muszę odburknąć, prawie niegrzecznie.
-    A jak Cię zaprosi? –
-  Na razie nie zaprosiła mnie. – wzdycham, wciąż niegrzeczna – Ty mnie lepiej zaproś do kina. Na poniedziałek za 10 zeta. Wciąż jestem autorem bestsellerów, którego budżet tygodniowy wynosi 30 złotych…
Chwilę jeszcze dyskutuję z L. na temat nowego Francisa Forda i mojego życia z dala od korporacji, z dala od wysokich obcasów. Potem w domu nad rzeką zalega na chwilę cisza, rozpraszana jedynie chrapaniem buldożki.
Na jedno uderzenie serca przypada jeden oddech. Wystawiam twarz do zimnego wiatru. Niech strąci z moich policzków rumieniec samozadowolenia. Uśmiecham się do siebie. Czuję się wolna i rozprężona. Nic nie muszę. Nic nie chcę. Nigdzie mi się nie śpieszy. Cały ten czas tylko dla mnie.
Telefon wibruje w dłoni.
-    Przyjedziesz dzisiaj do mnie? – w słuchawce łaskocze miły, łagodny głos. Jak pomruk kota. Sex.
Za dwadzieścia minut zbiegam po schodach. I znów biegnę. I znów się śpieszę. Znów nie mam czasu, nie mam czasu, nie mam czasu…

W autobusie chowam mokre kosmyki pod wełnianą czapką, bujam się z parasolką, szukam carmexu, coś tam gadam do siebie pod nosem, nagle nerwowa, rozkojarzona. Nad moim siedzeniem staje para nastolatków, nawet nie naście, bardziej dzieci. 5, 4 klasa podstawówki (o ile to aktualne, dzieci jeszcze chodzą do podstawówki? Nie było w między czasie jakiejś reformy? Za edukacją i polityką nie nadążam). Dziewczynka wygląda jak laleczka, w małej skórzanej kurteczce, z szalikiem burberry i lokami kręconymi na grubej szczotce. Trzyma pod rękę chłopaczka, miniaturkę Justina Biebera. Chcąc nie chcąc zaczynam się przysłuchiwać rozmowie, z każdym słowem otwierając oczy co raz szczerzej. Niczym stara czarownica tłumię chichot, niemal ukrywając głowę w czeluściach swojej podróby emily bag by miu miu.

Dziewczynka; A podoba cię ta dziewczyna?
Chłopiec; Która?
D; No wiesz która.
Ch; Nie za bardzo.
D; A ta druga?
Ch; Ooo! Ta to mi się w ogóle nie podoba.
D; A chciałbyś z nią być?
Ch; Nie.
D; A z tą pierwszą?
Ch; Nie. Tym bardziej nie.
D; A dlaczego.
Ch; Postanowiłem, że nie będę miał na razie dziewczyny.
D; A dlaczego?
Ch; Nie wiem
D; A dlaczego nie wiesz?
Ch; Tak mówi mi moje przeczucie.
D; A co ci mówi?
Ch; Że nie powinienem mieć na razie dziewczyny.

Patrzę więc na tego mini mężczyznę, na jego zbolałą minę, na jego oczy wciąż wywracane, na nieszczęście, które maluje się w postawie chudego ciała, na które napiera mała kobiecość. I mam ochotę wstać, poklepać go po szczupłym ramieniu i powiedzieć;
- Przyzwyczajaj się. To się już nigdy nie zmieni.

1 komentarz:

Labryska pisze...

No tak, wielu osobom już tak zostaje ;)