niedziela, 26 września 2010

CANDY CANE [1]

CANDY CANE
Get me out of this place, 
get me out of this town…

Flesh and bone. Candy Cane.
Almond and rhubarb scented. Sweet and sour flavored. Red and white striped. Wet and sticky.
For you to climb on. For you to slip off.
Candy Cane. Candy striper. Eye candy. Hard candy.

[Strangest people in strangest situations]

Wchodzę do mieszkania. Jestem zmęczona po całym dniu fizycznej pracy. Umysł odczuwam tym dotkliwiej. Myśli są lekkie. Słowa więzione przez kilka godzin płyną gładkim strumieniem. Jak stada błyszczących, zadziwiająco posłusznych ryb. Źrenica oka jak najczystsza woda. Otwieram drzwi do szczelnie zamkniętej sypialni. Nie zapalam światła. Nie zdejmuję ani butów ani skórzanej kurtki. Opadam ciężko na rozścielone łóżko, rozsypując czarne włosy na zmiętej pościeli. Wdycham głęboko zapach poprzedniej nocy. Zapach seksu, potu, wilgotnej cipki. Zapach słów wyłuskiwanych spomiędzy sklejonych warg. Powietrze jest bardzo gęste, ciężkie. Aromatyczne. W najintymniejszy sposób pachnie mną. Gdy rano przebudziłam się chciałam zatrzymać czas, którego nie miałam. Przed wyjściem z domu dokładnie zamknęłam swój zapach i resztki snu w pustej sypialni. By móc się odnaleźć po wieczornym powrocie, po wypełnieniu trywialnych obowiązków, po tych wszystkich ohydnych czynnościach niezbędnych do przetrwania. Zachować przestrzeń, przestrzeń snów i marzeń, przestrzeń pełną wilgoci i dziewcząt. Zrobić wszystko tak by przestrzeń wciąż na mnie czekała, jak posłuszne zwierzę. Przestrzeń niemal nienaruszona, ledwo co muśnięta zębem czasu i korozją materii. Zasłaniam dłonią oczy, na siłę zmuszając powieki by opadły. Drugą dłoń wpycham pod pasek jeansów. Szukam drogi, pobudzam się na siłę. Chcę śnić dalej. Chcę znów wrócić tam, gdzie w nocy zwiodła mnie ścieżka pomiędzy udami zaciśniętymi na kołdrze. Przez cały dzień obracałam sen pod stulonymi rzęsami, przewijając go w przód i w tył, jak przewija się film, zapętlając marzenia w nieskończoność. Z perwersyjną przyjemnością przypominałam sobie smaki, zapachy, czując jak łechtaczka wierci się pod służbową spódniczką. Teraz czas by przeżyć to raz jeszcze.  Przeżułam już swoją codzienną porcję bycia człowiekiem. Teraz czas by być sobą.

Każda z nas ma jedno wspomnienie, które nigdy nie gaśnie. Historię, która dzięki temu, że niedokończona, nigdy nie doprowadzona do końca, trwa wiecznie. Mutuje w rozpłomienione dziewczęce marzenia. Po tylu latach nie wiesz dokładnie czy większość szczegółów jest prawdziwa, czy to jedynie projekcje ukrytych pragnień. Zapominasz gdzie leży granica pomiędzy tym co zdarzyło się naprawdę, a co jedynie chciałaś by się wydarzyło. Czy to jednak coś zmienia? Tak długo jak wierzysz w prawdziwość pragnienia nie ma żadnego znaczenia czy jej włosy były czarne czy białe. Czy była chłopcem czy dziewczynką. Czy całowała się z języczkiem czy w ogóle nie lubiła się całować, szybko nurkując pomiędzy rozłożonymi nogami. To co się liczy, to byt jaki stworzyłaś, dom jak gniazdo uwite w twojej głowie. Każda z nas ma taką na wpół legendarną flamę, seksualny mit. Mit ten odżywa za każdym doskonałym kochankiem jakiego spotykasz na swojej drodze. Myślisz wtedy „to jak robiłam wtedy to po raz pierwszy, to było jedynie preludium do tego co dzieje się teraz, do intensywności obecnych przeżyć”. Preludium, którego wspomnienie nadal ścina cię z nóg. Preludium, które zamykasz w sobie jak w klatce, nie pozwalając rozwinąć się w pełnej krasie. Wspomnienie, któremu nigdy nie pozwalasz dorosnąć. Wspomnienie, któremu nie wolno dojrzeć w ideał.

Myśli o niej przychodzą do mnie w najmniej spodziewanych momentach.

Gdy pijana, zataczając się próbuję wrócić do domu, ale gubię się. Niespodziewanie ląduję pod domem moich zmarłych dziadków, gdzie za szczelnie zamkniętymi oknami śpią obcy ludzie. Kiwając się na ławce, szlochając jak zawodowy pijak, wpatruję się w czarne szyby, nie mogąc uwierzyć, że po drugiej stronie nie ma już dobrze znanych mi przedmiotów, że przestrzeń którą znałam jak własną kieszeń może zniknąć. Nie mogę uwierzyć, że dom moich dziadków, ich własność, wylądowała na śmietniku by zrobić miejsce dla innych ludzi, wybranych tylko na podstawie zasobności portfela. W nocnej ciszy nie ma nic przyjacielskiego, choć tak dobrze znasz układ ścian i dziury w podłodze. Ciemność nasycona oddechem obcych. Możesz w każdej chwili stać się intruzem we własnym domu. W chwilach największej samotności myślę o niej...

Gdy po raz kolejny, w kolejnym zatłoczonym klubie, opierając się o lepki bar omiatam zmęczonym wzrokiem salę. I nikt nie rozpala we mnie ognia. I czuję znużenie tak dotkliwe, że nie chcę mi się nawet sięgnąć po papierosa, nie mam ochoty upić drinka, w który lód topnieje w błyskawicznym tempie. Nie chce mi się iść na parkiet, nie chce mi się też iść do domu. Wszystko wydaje się takie niepotrzebne. Moja czarna sukienka, fajne cycki, lekko wilgotne, muśnięte czerwienią usta. Wszystko po to by sprowokować historię tą samą co zwykle. W chwilach największego zwątpienia myślę o niej...

Gdy masturbuję się. Orgazm jest mocny, wstrzymuje na kilka sekund serce. Chłód przetacza się po wstrząsanym dreszczami, napiętym ciele. To zadziwiające do czego może cię doprowadzić bujna wyobraźnia i sprawne ruchy ręką. Nie ma żadnych granic dla erotycznej przyjemności jaką możesz sobie sprawić.  Przyjemności, która nie jest samotna czy upośledzona, ale samodzielna i zależna tylko od ciebie. Nie odczuwaj wstydu przed samą sobą. Pozwól sobie. Popuść sobie. Sprowokuj się do najdzikszego. W chwilach gdy mogę sobie pozwolić naprawdę na wszystko myślę o niej...

Nazwałam ją Doxxa. Jak zegarek, który mój dziadek przywiózł  z podróży za tysiąc mórz. Zegarek, który nakręcało się zaledwie wstrząśnieniem dłoni. Och, od małego zazdrościłam dziadkowi  tego zegarka.

Doxxę pożądam chyba najdłużej, najdłużej z nich wszystkich. Tych realnych i tych utkanych z szarej mgły, ulubionych duchów. Doxxa jest zawsze przy mnie. Tylko czasem o tym zapominam. Czasem na długo. O wiele za długo.  Wtedy Doxxa przychodzi do mnie w śnie. I przypomina o sobie. Doprowadza mnie do płaczu. Doxxa nigdy nie pozwoli o sobie zapomnieć. I ja nigdy nie pozwolę sobie zapomnieć o niej.

3 komentarze:

Labryska pisze...

Zaczęłam już pisać swoje opowiadanie, ale Tobie ja nigdy nie dorównam ;)

lipshit pisze...

Labrysko >>>> nie musisz nikomu dorównywać. Bądź po prostu sobą a będzie lepiej niż dobrze.

baluk pisze...

Dobrze piszesz o seksie, to rzadkość.