niedziela, 8 sierpnia 2010

Serio, serio, serio (2)

Zawsze uważałam, że jeśli kiedykolwiek zasłużę na miano „twórcy” (bo o „artyście” to nawet nie śmiem marzyć), jeśli kiedykolwiek spłodzę wreszcie coś w większym formacie, będzie to twórca czy twór popkulturowy. Może nie mainstreamowy, ale na pewno rozrywkowy.


Pamiętam, jak siedziałam na piwku z koleżanką.
-    Wiesz, redaktor X. jest moim przyjacielem. – mówi koleżanka – Opowiadałam mu o tobie.
Redaktor X. jest znaną, post-solidarnościową postacią, występującą między innymi w pewnym, znanym, satyryzującym programie. Tęgi łeb.
-    Taaak ….? – zerkam na nią znad oszronionej butelki millera. Wiem już dobrze co się kroi. Przechodziłam to tyle razy.
-    Taaak… - odpowiada zadowolona z siebie koleżanka. – Mówiłam mu o tym, że piszesz. Więc redaktor X pyta czy wydajesz, czy może jak większość młodych dam piszesz do szuflady….
-    Tia… - biorę porządnego, amerykańskiego łyka – Do szuflady w internecie zwaną blogiem, który czyta zaledwie pareset osób, w tym wszyscy moi ciekawscy znajomi.
-    Ale przecież nie wydajesz, nie? – koleżanka jest co raz bardziej z siebie zadowolona
-    No nie. – stękam
-  Więc redaktor X powiedział, że chętnie zapozna się z twoimi paroma tekstami. Nic nie obiecuję, ale może, wiesz…
-    A powiedziałaś mu, że piszę pornografizującą kłirową kampową literaturę klasy B?
-    No nie. – stęka koleżanka.

Tak mniej więcej wygląda reakcja na przyznanie się do chęci przynależności do popkultury. Fajnie, że piszesz. Fajnie, że masz ambicję wydać. Nie fajnie, że to popkultura. Nie fajnie, że to nie jest poważne, że to nie jest serio. Nie fajnie, że wygłupiasz się i śmiejesz się, chichoczesz nad rękopisem. Nie fajnie, że pisanie sprawia Ci przyjemność. Pisanie nie powinno sprawiać przyjemności. Powinno być procesem bolesnym i trudnym, ekshibicjonistycznym i w dobrym guście. Tylko wtedy jest prawdziwe i szczere. Tylko wtedy jest realne. Tylko wtedy jest cokolwiek warte.

Czasem jestem w tak dobrym nastroju siadając do pisania, że maluję usta i układam włosy. Zakładam spódnicę i szałowe szpilki. Szykuję się niczym na randkę. Czuję się wtedy nieznośnie nie na miejscu, nieznośnie nie wpisana w artystyczny schemat. Niestety, jest to radość małej dziewczynki. Bo czy coś istotnego może wyniknąć z książki napisanej w taki sposób?

Im bardziej zaawansowana jest praca nad Książką tym bardziej dotkliwie uświadamiam sobie;
Nie jest trudno napisać książkę.
Trudniej jest wziąć za nią odpowiedzialność. Podpisać ją własnym nazwiskiem. Firmować ją własną twarzą, która przecież dana nam jest tylko jedna.
A prawdziwą sztuką jest uniknąć autocenzury.

„bo ja już bym chciała” – jak mawia moja utalentowana znajoma.
Pisanie przypomina chwilami permanentne zatwardzenie. Chciałabym już z siebie wydobyć to wszystko, chciałabym móc odetchnąć. Ale materiał wciąż się rozrasta, pęcznieje i pięknieje. Ostre wątki są jeszcze ostrzejsze, miłość co raz bardziej płomienna, a historie co raz bardziej rozbudowane. Czasem wydaje mi się, że praca nigdy nie dobiegnie końca. Rezultat nigdy nie będzie dość zadowalający. Nie będę wiedziała kiedy przestać. Czasem pojawia się głosik, który przeraźliwie krzyczy „stop!!! Czy ciebie już do końca pokręciło? Przecież to nierealne…! Bądź serio! ”. I Katarzyna Frank zatrzymuje się w połowie kroku, w środku zdania. Unosi ręce znad klawiatury. Przeciera w zniecierpliwieniu twarz. Upija łyka ze szklanki wypełnionej lodem i cytryną. I ciska ze złością niedopałkiem papierosa o ścianę. 

Serio, serio, serio. Odmawiam bycia serio. Nie interesuje mnie serio. Chcę być sobą, kopniętą, barwną, wciąż pakującą się w jakieś pokręcone przygody. Chcę unosić się nad ziemią i bujać w obłokach. Chcę wierzyć w miłość od pierwszego wejrzenia i mnogość wcieleń w obrębie zaledwie jednego życia. Chcę rozsadzać ramy rzeczywistości tylko i wyłącznie za pomocą swojej wyobraźni i wiary w bycie sobą, czarującą, jedyną w swoim rodzaju. Grzecznie, acz stanowczo odmawiam zejścia na ziemię. Żyć we własnym świecie? A który świat może być dla mnie realniejszy niż ten własny?

Oczekiwania wobec polskiej, popkulturowej książki queerowej są ogromne. Może dlatego, że tych książek mamy niewiele, albo dosyć kiepskiej jakości. Może dlatego, że kampu w polskiej literaturze tyle co kot napłakał. Polska literatura lesbijska nie potrzebuje kampu. Potrzebuje dziewczyny z krwi i kości, dziewczyny, która jest twardzielką, jest świetna w łóżku i do tego daje radę. Potrzebuje kogoś z kim można się utożsamić, w kim można się zakochać, kim w razie zwątpienia można się podeprzeć. Dziewczyny która daje przykład i wskazuje drogę. Kasia Pepper niestety taka nie jest. Jest płaczliwa, rozhisteryzowana, niepewna swojej seksualności i do tego przywiązuje zbyt dużą uwagę do wyglądu, patrzy na metki i rozpoznaje marki. Kasia Pepper jest złośliwa, uparta i narcystyczna. Kasia Pepper jest do bólu kampowa. Kasia Pepper jest polskiej lesbijce zupełnie zbędna. Nie wnosi nic nowego, nie umacnia historii polskiej homoerotyki, nie jest kontynuacją, nie wyrasta z tradycji, nie wpisuje się w historię następnych pokoleń. Ale można się z niej pośmiać i zachwycić bogactwem jej świata, kolorami, które widzieliśmy tylko w kinie lub na okładkach zagranicznych czasopism. Kasia Pepper nie jest nikomu, do niczego potrzebna. Kasia Pepper nic nie zmienia. I właśnie dlatego moja praca jest dla mnie tak istotna. Bo jest na przekór, bo jest wbrew wszelkim oczekiwaniom. Bo to historia całkowicie zbędna i po prostu przyjemna. Bo jest moja. Bo oberwie mi się za nią ostro po dupie.


(…) Co teraz? Co  z tym wszystkim zrobisz, Kasiu Pepper? 


-    Co? – Kasia mruczy do siebie pod nosem – Muszę się z tym wszystkim po prostu zmierzyć.-


C.D.N.

Brak komentarzy: