piątek, 6 sierpnia 2010

Serio, serio, serio (1)

Obsrałam się dziś na popkulturowo. Odbijam się sama sobie głośną czkawką.

Od kiedy ślęczę na Książką, słowa ulewają mi się z ust i wyskakują spod palców niczym iskry. Mam otarte opuszki palców. Po kilku godzinach pisania mrowią. Gdy budzę się, mogę przysiąc, mam zakwasy w nadgarstkach. Z drugiej strony piszę w różnych dziwnych, niezdrowych pozycjach. W pokoju, który był kiedyś małżeńską sypialnią, piszę siedząc po turecku na rozwalonej, starej kanapie, którą nazywam Swoim Biurkiem, mimo że moje biurko stoi w salonie. Czasem piszę trzymając laptopa nad głową.
Słowa są niepowstrzymane i atakują ze wszystkich stron. Stąd na lipshit blogu jeden post za drugim… ba, to jeszcze nie wszystko. Z dziesięć postów jeszcze nie opublikowanych. Jestem jak w transie. Nie mogę przestać pisać. Nie wiem czy to dobre, czy dobrze wpłynie na selekcję materiału. Czy nadmiar jest dobry? Gdy nie mam siły pracować nad Książką, pracuję nad pobocznymi tekstami, zazwyczaj snami czy fantazjami, które podlegają jubilerskiej obróbce, bez większego sensu czy związku z rzeczywistością. Gdy to mnie zmęczy, piszę dziennik, którego fragmenty będą ukazywać się na lipshit blogu. Potem idę pobiegać z pół godzinki, po wilgotnym, ciemnym parku. W głowie klarują się pomysły i znów siadam do Książki… Pytanie tylko, kto będzie to wszystko czytał? Ty, Katarzyno Franciszko, ty…

Dzisiejszy dzień zaczął się niewinnie. Nastawiam french pressa i odpalam laptopa. Szykuję dzbanek pełen wody z lodem i grubymi plastrami cytryny. Może to od tego biegania, ale ostatnio najbardziej podnieca mnie zimny prysznic i szklanka zimnej wody z lodem i cytryną, a w celibacie jestem przecież od… hm… zaledwie trzech tygodni (???). Kurier dostarczył mi „Pop” numer Furii, który wygrałam w konkursie, o którym zapomniałam na śmierć, nawet że brałam w nim udział. Zadowolona jak nie wiem. Furia w dłoń, buldożka na smycz i do parku posiedzieć na ławeczce pośród zieleni i poczytać. Tak, spędzam w parku koło domu bardzo dużo czasu. Jakoś polubiłam ten park,  brak mi tam tylko wbiegucafe żeby móc się cieszyć latte na podwójnym espresso za pięć zeta. Wspominałam już, że rzuciłam korporację? Proszę się zatem nie dziwić, że gastronomiczna snobka przerzuciła się na kryzysową kawkę. Aura w parku cudowna. Buldożka lata za wiewiórkami, ja sobie czytam. Buldożka w pewnym momencie kładzie się nieopodal moich stóp, wpatrując się uparcie w rudą kitkę zwisającą z gałęzi. Buldożka jest na skraju napięcia nerwowego, trzęsie się i napina krótki ogonek. Zastanawiam się czy to na pewno jest dobry pomysł pozwalać jej na te bezskuteczne polowania, może w ten sposób tylko zwiększam jej poziom stresu? Jej i wiewiórek?
Podchodzi do nas Pani, pchająca wózek z dzieciaczkiem.
-    O! Ten piesek tutaj też ma karę? – pyta
-    Nie, dlaczego? – zdejmuję ray bany i patrzę spod zmarszczonej brwi
-    Dwie ławki stąd też leży piesek, przywiązany na smyczy. Ma karę za gonienie wiewiórek.
-    Och, ja mojej na to pozwalam. – macham lekceważąco Furią – W jej przypadku to zupełnie nie groźne. Nie przy jej masie i gabarytach. Niestety nie ma szans na złapanie żadnej wiewiórki, tylko o tym nie wie. Więc pozwalam jej gonić sobie wiewiórki ile wlezie. Musi mieć w życiu trochę przyjemności…
-    Tak, tak… - Pani uśmiecha się
-    Musi mieć jakieś hobby. Nie będę przecież ograniczać jej w pogoni za marzeniami.
Uśmiechamy się do siebie. Mój pies jest moim kumplem. To miło, że ktoś to rozumie.

Atmosfera przed deszczem zawsze wprawia mnie w zachwyt. Oczy wzniesione do góry w oczekiwaniu na katastrofę.

Przeczytanie Furii zajmuje mi godzinkę. Odkładam ją na bok przerażona. Z tego przerażenia dostaję czkawki.

Pamiętacie tą scenę z „Godzin” gdy Nicole Kidman zaczyna gadać do siebie na podwieczorku, który wyprawia dla swojej siostry i jej dzieci? Miranda Richardson mówi wtedy mniej więcej coś takiego „Wasza ciotka żyje w dwóch światach równocześnie…” I tak właśnie wyglądam wracając do domu. Tak wyglądam co raz częściej. W poczochranych włosach, w piżamie, szwendająca się po parku lub wokół bloku, strojąca dziwne miny i gadająca sama do siebie, potrząsająca głową i prowadząca dialogi z niewidzialnymi towarzyszami, w niezrozumiałym języku. Jadąc tramwajem i słuchając „All the lovers” przeżywam ze łzami w oczach kolejną, epicką scenę, zakończoną namiętnym pocałunkiem. Tak, czasem muszę wyglądać jak rasowa wariatka.

Popkulturowa czkawka nie mija. Czas wyżalić się przed samą sobą. Czas wywalić samej sobie wątpliwości, wysrać je prosto na klatę.

C.D.N. 

2 komentarze:

Labryska pisze...

Miranda <3 Cieszę się, że ją kojarzysz, to jedna z moich ulubionych aktorek, a niestety mało kto w ogóle słyszał to nazwisko, chyba że powiem Rita Skeeter z Pottera. A jednak w jej dorobku jest przecież wiele lepszych ról...

lipshit pisze...

Miranda Richardson jest wybitną aktorką! Pojawia się u mojego ulubionego Cronnenberga (w "Spider" jest genialna) czy u Jordana ("Crying Game" jeden z moich najukochańszych filmów w historii kina).