niedziela, 22 sierpnia 2010

Dyskusja wizerunkowa

Przyznaję, śledzę na bieżąco Trzyczęściowy Garnitur. Z takim chorym zainteresowaniem, z jakim rozwiązuje się quiz w cosmopolitan. Jestem czy nie jestem? Jak daleko odbiegłam od środowiska, czy kiedy i w jakich paroksyzmach przybliżam się do niego.
Wiem, jeden blog nie reprezentuje całości, a jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale trudno jest znaleźć drugi blog pisany przez niehetero, na tyle wyczerpujący, że taki laik jak ja może dowiedzieć się czegoś nowego. Na przykład tego, że nie zdaje sobie na co dzień sprawy jak wielkim jest ignorantem czy (w wersji soft) laikiem.

Dyskusja wizerunkowa. Femmki jadą po butchach, butche jadą po femmkach, a takie dziwactwa jak ja siedzą cicho i boją się odezwać, bo tak naprawdę nie wiedzą co myśleć. Odwieczna walka jak gastronomiczny zatarg sala-bar-kuchnia. Kelnerzy nienawidzą barmanów, ale muszą albo im włazić w dupę albo dzielić się tipami. Barmani nienawidzą kelnerów bo kelnerzy gwiazdorzą przy stolikach i zbierają śmietankę w postaci wysokich napiwków, mimo że stoi za nimi cały zespół ciężko pracujących ludzi (co prawda lepiej wynagradzanych, kelnerskie stawki to głodowe stawki w które wliczona jest ewentualność tipa). Są jeszcze kucharze, z tyłu lub pod ziemią, oni nienawidzą wszystkich i ich wszyscy nienawidzą. Stanowią zbitą, hermetyczną grupą ziejącą jadem i śmierdzącą siarką, niczym smok wawelski, a w ciemnościach zaplecza, między magazynkiem a zmywakiem rządzi prawo twardej pięści. Są jeszcze kutafony kadra menagerska i Jej Wysokość Pan Właściciel ale to zupełnie inna rasa, inna kategoria, pod ludzie, jeszcze niżej niż kucharze, choć pozór mówi inaczej. No i Pani Jadzia ze zmywaka. Jedyna, która jest w miarę normalna i którą lubią wszyscy. Jedyna, która nie należy do żadnej z grup, a jednak łączy interesy wszystkich. I tak jest wszędzie. Od Hilton Hotels przez Hard Rock Cafe, Starbucks, Między Nogami, a na Kebabie Poziom Minus Dwa Dworzec Centralny kończąc. I tak było gdy w wieku siedemnastu lat podjęłam pierwszą pracę w gastro i jest tak do dzisiaj. I będzie tak, gdy moja wnuczka będzie biegała z zapaską i wywieszonym językiem.

Dlatego zadziwia mnie energia jaką ludzie wkładają w dyskusję na temat stary jak świat i podnoszony co pewien czas, ale zawsze w temperaturze wrzenia. Femmki będą wyciągały argument o niedepilowanych brwiach, nogach czy co tam jeszcze można sobie depilować, o niewyprasowanych koszulach, o sportowym obuwiu i wygolonych głowach. Butchki będą jechały po femmkach, że za estetycznym do przesady wyglądem nie kryje się nic więcej, że ładna powierzchnia skrywa pustkę, mentalną, duchową, a wysokie szpilki i pas do pończoch schlebiają tak naprawdę tylko męskim, mizoginicznym gustom. Ile razy to słyszałyście?

Co dziwne zawsze ulegam pokusie żeby na chwilę w taką dyskusję się zagłębić. W poszukiwaniu czegoś świeżego. Nowego argumentu. Nie łudzę się, że znajdę genezę, odpowiedź na dylemat w stylu „kura czy jajko”. I kura i jajko. I butch i femme. Potrzebujemy siebie nawzajem, szkoda tylko że różnorodność wywołuje w nas taką odrazę.

I nie jestem święta w tym zakresie. Bliżej mi do lipstick lesbian i czasem lubię pochichotać, pośmiać się z jakiejś traktorzystki. Tak samo jak traktorzystka, będzie śmiała się ze mnie i nazywała mnie chwastem czy sex turystką, wytykając fleki szpilek lepiące się do barowej podłogi. Niestety nie jestem inteligentniejsza. Nie jestem ponad to. Ulegam stereotypom i lubię się nimi bawić. Pewne niezrozumiałe dla mnie postawy śmieszą mnie. I wiem, że też potrafię być śmieszna. I to też mnie śmieszy. Ale nie ma w tym nienawiści. Tam gdzie brakuje poczucia humoru pojawia się agresja i niechęć, Może polskie niehetero jeszcze nie wytworzyły odpowiednich narzędzi, przykładów i popkulturowych wzorców by wiedzieć, że można się z tego pośmiać, można powytykać sobie grzeszki i zaniedbania, ale na tym skończyć. Potrafimy być w tym bardzo zabawne (czyt. Przyjemne), wierzę w to, a nie tylko agresywne i pyskujące (czyt. Nieprzyjemne). Nie ma potrzeby brać wszystkiego tak bardzo serio. W sytuacji gdy jakaś pusta panna, wytknie „pewnie pół drużyny ma owłosionego bobra”, można odpowiedzieć „bo to amortyzuje ewentualne faule” , a nie szczekać „sama masz owłosionego bobra”, dając zarzewie pod tasiemcową dyskusję na kilku frontach, która jak zwykle wygaśnie, naturalnym biegiem rzeczy, nie prowadząc do niczego, prócz chmurki smrodu unoszącej się nad znanym portalem internetowym.

Tym razem nie wierzę w altruistyczny obowiązek wspierania grupy poszkodowanej czy znajdującej się niżej w hierarchii społecznej, bo w tym przypadku nie wierzę w istnienie takiej grupy. Dywagacje natury estetycznej nie przekonują mnie do przeniesienia ich na poziom społeczny. Najwyraźniej moja świadomość feministyczna jest w powijakach, podczas gdy ja wysyłam ją do przedszkola. Bez pieluszki.

No i jest jeszcze Moja Książka.  Kasia Pepper. Kasia Pepper i miłość jej życia, jej flama w botkach od Jimmy Choo, w beżowym trenczu, z Rouge Coco od Chanel. Dziewczynka, która chciała być chłopcem, który chciał być dziewczynką, która pokochała najbardziej kobiecą ze wszystkich kobiet. I przyjaciele Kasi Pepper. Dziewczyny w spodniach i z ptaszkiem w dłoni. Chłopcy w spódniczkach i z umalowanymi ustami, obgryzionym lakierem na długich, twardych paznokciach. I wątpliwości. I wątpliwości, ciągłe wątpliwości…..

To tak jak po lekturze Furii. Czkawka i lekkie mdłości. Nie można uniknąć stereotypów. Trzeba wierzyć. Wierzyć w zbawienie jakie niesie kamp. Wierzyć w bycie sobą…. Serio, serio, serio …. Uch, jak ja nie lubię serio. Niech mnie moja ulubiona święta (albo święty) broni od serio…

3 komentarze:

Ewa pisze...

Chorym zainteresowaniem?! Zestresowałam się:)

Masz rację, że dużo lepiej byłoby sprowadzać tego typu dyskusje na poziom humorystyczny. Tyle że właśnie to, że nie potrafimy do tego podejść z humorem, pokazuje, jak długa jeszcze droga przed owym mitycznym środowiskiem, od którego jak dla mnie nie odbiegasz, bo go nie ma. Dzięki za inspirację, następnym razem sprowadzę sprawę do bobrów i amortyzacji. Choć na wkurwie pisze mi się znacznie łatwiej.

lipshit pisze...

No i proszę, jaki ten blogowy świat jest malutki...Coś tam jeszcze w komentarzu chciałam dosmarować, już paluszki swędziały od dopowiedzeń i wyjaśnień, ale w tym temacie wszystko zostało powiedziane (w tym i starczyło miejsca na radosne dokarmienie trolla). Ważne by wiedzieć kiedy przestać, by nie przestawać inspirować.

Joanna pisze...

Serio?