sobota, 21 sierpnia 2010

ANDROSFINX Boska Woda

Część czwarta i ostatnia
Boska Woda

Na pałacowym dziedzińcu jest zadziwiająco chłodno, nawet o poranku, który jest niezwykle krótki i szybko rośnie w toksyczny upał. Poprawiam czarną szatę, która jest cała w strzępach. Faraon podarł ją na mnie tygrysimi kłami, rwał ją w pośpiechu. Z ciekawością zerkam między swoje nogi, szukając śladów. Chcę wiedzieć jak wygląda sperma bóstwa.

Królewska sypialnia miała jeszcze jedno wyjście. Wysoko nad dziedzińcem wznosi się wieża o tysiącu stromych stopni. Złote drzwi rżnięte pazurami dziewcząt o kocich głowach są zastawione kamiennym ołtarzem. To przez niego przerzucił mnie rudy olbrzym. Nakazał uciekać, wskazując potężną dłonią schody. Oblizując ostrze czarnego topora szepnął;
-    Zaczekaj na dziedzińcu. Stoczę głowę Faraona pod twoje stopy. –

[…]
Spoglądam do góry przysłaniając oczy dłonią. Nieznane słońca obracają się i podług niemego rozkazu, nagle stoją w zenicie. Dokonało się.

Olbrzym biegnie po schodach, sadząc po parę stopni na raz. Triumfalnie wznosi czarny topór, którego ostrze jest nagle wyszczerbione i matowe. Na rudej brodzie zasycha czerwona krew. Zeskakuje na dno areny. Pałac trzeszczy w posadach z opalizującego piaskowca.

[…]
Rudy olbrzym sięga w kierunku moich podartych, czarnych szat i łapie mnie za włosy.
-    Wykąpię Cię w krwi Faraona, dziwko… - syczy przez zaciśnięte zęby i bez trudu wrzuca mnie do kłębiącej się wody.

[…]
-    To nie te krew! To woda. – krzyczę, wypluwając sól - Lodowata, krynicznie czysta woda. Słona niczym łzy.

Rudy olbrzym, śmieje się, odrzucając głowę do tyłu. Woda głęboka i groźna, w której ledwo co unikam utopienia, jemu sięga ledwo za owłosione łydki.

-    Myślisz, że bóstwo krwawi tak jak my? Czerwienią? – olbrzym mówi tubalnym głosem - Bóstwo jest czyste. Cała ta woda wkrótce zniknie, uniesie się do nieba. Zresztą zaraz pojawi się czerwień, Gdy tylko bóstwo się wydostanie i rozpocznie się umieranie ludzkiej powłoki, popłynie krew.
-    I co? Czerwień nie wyparuje tak jak woda? – pytam
-    Nie. Osiądzie na dnie. Zaschnie w grubą skorupę, którą pożrą pareczniki.

[…]
Moje ciało zaraz po zanurkowaniu zwija się na kształt pierścienia. Chwytam za swoje stopy. Przez moment mam kształt doskonałego okręgu. W boskiej wodzie jestem symbolem nieśmiertelności Faraona.

Taka była moja misja. Dać świadectwo. Świadectwo boskości Faraona, którego nikt prócz mnie nie uważał za boga

[…]
Zostaję wyrzucona na piaszczysty brzeg z lekkością, jaką łowi się z wody ryby. Nade mną rozpościera się cień wielkich skrzydeł. Pióra skrzą się tysiącem papuzich barw, intensywnych i wilgotnych.

Nade mną stoi sfinks. Jego grube futro zwija się w czarne loki. Grzywa lśni układając się miękko nad błękitnymi oczami. Twarz łagodnie pochyla się nad moimi sinymi ustami.

[…]
-    I co teraz Faraonie? – szepczę do kociego ucha
-    Wrócimy do mojej sypialni. – rozlega się niski pomruk – Powijesz mi potomka. Królewskie, wspaniałe dziecko.
-    Czyżby…. –  odgarniam czarną grzywę, która faluje w podmuchach kosmicznego wiatru. – Dziecko bóstwa, w które nikt nie wierzył, zrodzone z przybysza, tułacza z obcych krain. Cóż to będzie?
-    Na pewno nie królewicz. – sfinks ostrożnie zniża lot, tak bym mogła rozkoszować się zapachem zbliżającego, ciepłego piasku – I na pewno nie królewna.

koniec

1 komentarz:

Labryska pisze...

Hmm to ciekawe co z tego będzie ;)