niedziela, 11 lipca 2010

Bezimienna muza

Co się dzieje z muzami gdy odchodzą?

Czy każdemu z nas przypisana jest tylko jedna, morficzna muza? Zmieniający kształty stwór, który siedzi na naszym ramieniu, niczym anioł stróż.

Czy może jest ich wiele? Nieustający pochód zwiewnych postaci, które w swojej wędrówce wypoczywają w blasku Twojego głodnego wzroku.
Był w moim życiu moment, gdy zdałam sobie sprawę, że jestem twórcą. Nie miało to nic wspólnego z jakością czy samozadowoleniem. To było jak stwierdzenie faktu, nazwanie swojego koloru włosów czy odcienia cery. Wojownicy, niszczyciele, myśliwi, kochanki, poeci, politycy, twórcy. Pisarze. Kronikarze. Badacze piękna. Kolekcjonerzy różnych odcieni czerni. Od zawsze, odkąd pamiętam, było we mnie wiele podziwu. Podziw przelewa się przeze mnie jak płonąca woda. Uwielbiam uczucie zachwytu. Mam za sobą kilka przypadków zanurzenia się w zachwycie głęboko, aż do efektu Stendhala. Na wielkanocnym koncercie „Pasji wg św. Jana” Haendla musiałam wykupić miejsce w samym rogu balkonu. Zalewałam się łzami i łkałam. Kołnierzyk czarnej sukienki vintage był mokry i sztywny od soli. Reakcja nie do powstrzymania. Towarzyszka dźgała mnie łokciem, niestety, nic nie mogło mnie uspokoić. Co więcej, nie chciałam się uspokoić. Oglądając pierwsze kadry „Godzin” wybucham histerycznym płaczem. Francis Bacon sprawia, że nie potrafię trzymać rąk przy sobie. Pragnę dotykać jego obrazy, upewniać się w ich jednowymiarowej fakturze. Chciałabym je polizać, jak w „Czerwonym Smoku” zjeść, przeżuwać powoli grube płótno smoczymi zębami. Przycisnąć mocno twarz i chłonąć lekko stęchły zapach mięsa.  A skoro cywilizacyjna ogłada sprawia, że trzymam ręce splecione na plecach, mogę sobie pozwolić tylko na to by ukradkiem ronić gorące łzy.

Patrząc na kobietę, którą pożądasz, patrząc na kobietę, którą kochasz, nagle zdajesz sobie sprawę, że to nie wystarczy. Zapachy trzeba uwiecznić, słowa trzeba zapisać. Każdy orgazm, każdy pocałunek przekuć na nową scenerię, nową bajkę. Sny nigdy się nie kończą. Marzenia nie wyczerpują się. Każde spełnione życzenie możesz przekształcić w nowe i puścić wolno, niczym pięknego, różnokolorowego ptaka.

Uwielbiam pławić się w zachwycie. Potrzebuję inspiracji jaka płynie z powolnego pożerania muzy. Brakuje mi muzy. Nie tej jednej, konkretnej, ale nowej, świeżej. Chciałabym zacząć znów wznosić pomnik ze słów, sięgający samego nieba. Ten który stawiam samej sobie ściąga jedynie pioruny i kłopoty. Nie wskazuje żadnej drogi. Nie daje żadnego świadectwa.

Gdzie odchodzą muzy? Czy gdy przestają być muzami, gdy przestają nas inspirować, odczuwają smutek? Czy może potrafią się zadowolić inną rolą, przykładnej żony czy superbohaterki? Moja muza straciła zapach, czy może to ja utraciłam umiejętność wyczuwania jej zapachu?

Nie potrafię uwierzyć w bezimienną muzę. Moja muza musi mieć imię i twarz. Musi uprawiać ze mną sex. Muszę najpierw zobaczyć jak osiąga orgazm i to ja muszę być jego sprawcę. Muza musi odrzucić wszelkie przebranie. Wtedy dopiero nabiera barw. Czułość i codzienność, one rodzą podziw. Z tego podziwu sięgam po najgłębszy rodzaj zachwytu, nim się inspiruję.

Wierzę we freudowską koncepcję kultury. Moją anarchią jest przywracanie popkulturowym sytuacjom seksualnego, pierwotnego wymiaru. Wierzę, że erotyka jest pierwotnym sposobem mówienia prawdy. Zawsze lubiłam polać to wszystko wykrzywioną liryką odrzuconego nastolatka, który nigdy nie dorośnie. Muza sprawiała, że moja liryka wytracała chorobę, zrzucała czarną koszulkę z napisem „I’m evil”. Pojawiała się czułość. Wierzę również w stwierdzenie „tenderness is a true nature of beauty”. Dzięki muzie pozostawałam w równowadze, nawet gdy muza prowokowała mnie do autodestrukcyjnych zachowań. Pierwotne spółkowanie z popkulturowymi symbolami nie oznaczało braku pocałunków czy miękkich gestów. Teraz, gdy jestem pozbawiona muzy, gdy główną inspiracją jest BRAK MUZY, pozostaje jedynie spółkowanie. Czy w ten sposób, pozbawiona czułości, mówię jedynie prawdę? Czy w ten sposób staję się bardziej autentyczna? Realna?


Czy potrafię jeszcze pisać o miłości? Tak, oczywiście.
Czy mam potrzebę pisać o miłości? Nie potrafię sobie odpowiedzieć na to pytanie.

1 komentarz:

Labryska pisze...

Gdy odnajdziesz miłość, chęć do pisania o niej na pewno powróci :)