sobota, 31 lipca 2010

ANDROSFINX Czarne mięso

To są dobre dni. To są płodne dni. Nowe teksty sypią się pod sklepieniem mojej głowy jak delikatny, różowy śnieżek. Śnieżek, którym można się najeść.

Prezentuję wam fragmenty obszernego opowiadania "Androsfinx", które powstało na marginesie prac nad książką. Cztery części (poprzedzone prologiem opublikowanym wcześniej) będą ukazywać się co tydzień. Dobrze jest oderwać się czasem od właściwej pracy i podryfować w nieznanym kierunku, gdzieś na pogranicze fantasy i modernistycznych bajek dla dorosłych. Kolejna, po "Dziewczyna i Syrena" baśń, co przedziwne, inspirowana snem, który rzeczywiście wyśniłam, pewnej upalnej, niespokojnej nocy. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zapoznać was z całością tekstów. 

                                                        
          (…)
 stada uśmiechających się androsfinksów,
 gnające ku brzegom bezkresnych, nieruchomych rzek smoły.
H.P.Lovecraft



Część pierwsza
Czarne mięso

Złoto piramid i okrucieństwo nieznanych słońc. W głębi starożytnych grobowców ucztujemy. Here, in a slaughter house I dine well. Noszę długą, czarną szatę. Moje białe dłonie przypominają gołębie na tle jeziora wypełnionego smołą, takiego jeziora do którego wabi się małe słonie, w których topi się całe rodziny lwów i gepardów. Moje czarne włosy związane wysoko na głowie zastępują mi koronę. Wysadzane są górskimi diamentami. Wysokie mury z piaskowca i złota brama. Chłód starożytnych grobowców, którego nie zakłócają falujące na błękitno pochodnie z morskiego drewna.

Sala gdzie ucztujemy wyłożona jest na biało. Biel zapewnia chirurgiczny chłód. Naczynia są białe. Potrawy i napoje są czarne. Szaty gości są czarne. Szaty gospodarzy są białe. Tancerki wyginające się w narożnikach stołów są czarne. Wszystko co czarne jest jedzeniem.

[…]
Olbrzym wpatruje się w tancerki, posągowo nieporuszony. Tak jak ja jest przybyszem, gościem. Nie jesteśmy adresatem obrzędów, które zaraz się tutaj rozpoczną.  Nie jesteśmy obiektem świętowania. Nie jesteśmy uczestnikami kultu. Każde z nas, z tłumu licznie przybyłych gości, ma swoją misję. Moją misją jest by dać świadectwo.

[…]
Czuję zapach czarnego mięsa. Sterylny i precyzyjny. Skrojony pod tajemne apetyty. Brodacz patrzy na mnie pytająco wskazując na pozostałą część parecznika, leżącego w czarnej kałuży pośród białych, miękkich wypustek, którymi od czasu do czasu sennie faluje stół. Kręcę głową i mówię, że z chęcią, ale nie wiem jak. Brodacz uśmiecha się szeroko, pokazując garnitur złotych zębów.
-         Nie bój nic Franciszko… - mówi, głaszcząc mnie po ramionach. Jego dłonie nakrywają mnie jak wielkie skrzydła. – Wszystko Ci pokażę.
Czuję podniecenie. Szalony puls. Skwierczenie między nogami. Zaraz wydarzy się coś niesamowitego. Zaraz ta biała sala wzejdzie czarnym płomieniem.
Brodacz ruchem wielkiego palca pokazuje mi, że mam unieść wysoko głowę. Chwilę patrzę w sufit o szklanych płytach, rozjarzonych nienaturalnie białym światłem. Kątem oka patrzę jak brodacz chwyta parecznika i unosi go ostrożnie nad moją głowę. Odruchowo otwieram czerwone usta, czując jak rozstępują się, niczym bolesna rana. Brodacz ściska mocno owadzie truchło. Mocna skóra pęka z chrupnięciem. Tłuste krople spływają po palcach. Toczą się jak czarne perły. Czarne mięso rozwiera się i mlaszcze. Smak jest nie do opisania. Metaliczny, słodki. Szafranowy i ostry. Tnie dziąsła i pali w gardle. Jednocześnie koi serce i zaspokaja apetyt. Rozbudza żądze i zamraża fantazję. Rozpycham czarnym palcem dziurkę między oczami, w której puchnie na różowo pobudzona wyobraźnia. Każda kropla wyciśnięta z czarnego mięsa jest po stokroć bardziej sycąca niż każdy ze znanych pokarmów. Syci niczym matczyne mleko.
Ocieram zabarwione na czarno usta wierzchem dłoni.
-         Chcę jeszcze. – szepczę

[…]
-         Szkoda, że dziś nie będzie tutaj Faraona. – mówi brodacz wskazując pusty, biały tron na drugim końcu sali.  – On lubi takie przedstawienia.

Brak komentarzy: