niedziela, 25 lipca 2010

ANDROSFINX prolog

ANDROSFINX. PROLOG

Cała ta historia z obmywaniem twarzy. What a cliché. Ostatnio życie przypomina serię kalek. Filmowych, prześwietlonych klatek z filmu, który już widziałam, ale nie mogę sobie przypomnieć ani gdzie, ani kiedy.

Łazienka jest wyłożona czerwonymi kafelkami. W brudnym, pękniętym lustrze moja twarz rozłamuje się na dwa. Podoba mi się ta blizna, przemieszczenie. Przesuwam odrapanym, czarnym paznokciem z jednej strony miękkich warg na drugą. Zanurzam palec w ustach. Gdzieś po środku palec znika w rozstępującym się szkle. Napuściłam pełną umywalkę wody. Chciałabym dopełnić ją wiaderkiem lodu. Patrzę na fugi wypełnione pleśnią, na poszarpaną rolkę papieru toaletowego, stojącego koło muszli, nasiąkającego na brudno żółto. Potem nachylam się, zginam w pół. Zanurzam twarz w lodowatej wodzie. Przytrzymuję się porcelanowych brzegów. Postukuję paznokciami w rytm zaniepokojonego serca. Próbuję wytrzymać dłużej, niż starczy mi oddechu. Jeszcze dłużej.

Przypomina mi się niezwykle barokowy sen, który śniłam porzucona na kanapie, przykryta służbową marynarką.

Wyśnić go jeszcze raz, uwięziona pod taflą lodu.

Sen, w którym grozi Ci realne niebezpieczeństwo.

2 komentarze:

Labryska pisze...

Ty po prostu musisz coś wydać drukiem! ;)

lipshit pisze...

Całe moje życie jest teraz podporządkowane książce. Myślę, że do końca sierpnia będzie gotowa.