sobota, 31 lipca 2010

ANDROSFINX Czarne mięso

To są dobre dni. To są płodne dni. Nowe teksty sypią się pod sklepieniem mojej głowy jak delikatny, różowy śnieżek. Śnieżek, którym można się najeść.

Prezentuję wam fragmenty obszernego opowiadania "Androsfinx", które powstało na marginesie prac nad książką. Cztery części (poprzedzone prologiem opublikowanym wcześniej) będą ukazywać się co tydzień. Dobrze jest oderwać się czasem od właściwej pracy i podryfować w nieznanym kierunku, gdzieś na pogranicze fantasy i modernistycznych bajek dla dorosłych. Kolejna, po "Dziewczyna i Syrena" baśń, co przedziwne, inspirowana snem, który rzeczywiście wyśniłam, pewnej upalnej, niespokojnej nocy. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zapoznać was z całością tekstów. 

czwartek, 29 lipca 2010

In love...

Kasia opiera czarną główkę na szczupłym, muskularnym ramieniu. Przymyka oczy, wdychając kwiatowy zapach złotych loków, które łaskoczą ją w nos. Migdałowy aromat przypudrowanego, gładkiego policzka jest jak najtkliwsza pieszczota. Kręci się w głowie, a czułość zalewa wibrującą falą, roziskrzoną i pachnącą jaśminem, niczym obietnica, którą składa się tylko raz w życiu…

niedziela, 25 lipca 2010

ANDROSFINX prolog

ANDROSFINX. PROLOG

Cała ta historia z obmywaniem twarzy. What a cliché. Ostatnio życie przypomina serię kalek. Filmowych, prześwietlonych klatek z filmu, który już widziałam, ale nie mogę sobie przypomnieć ani gdzie, ani kiedy.

Łazienka jest wyłożona czerwonymi kafelkami. W brudnym, pękniętym lustrze moja twarz rozłamuje się na dwa. Podoba mi się ta blizna, przemieszczenie. Przesuwam odrapanym, czarnym paznokciem z jednej strony miękkich warg na drugą. Zanurzam palec w ustach. Gdzieś po środku palec znika w rozstępującym się szkle. Napuściłam pełną umywalkę wody. Chciałabym dopełnić ją wiaderkiem lodu. Patrzę na fugi wypełnione pleśnią, na poszarpaną rolkę papieru toaletowego, stojącego koło muszli, nasiąkającego na brudno żółto. Potem nachylam się, zginam w pół. Zanurzam twarz w lodowatej wodzie. Przytrzymuję się porcelanowych brzegów. Postukuję paznokciami w rytm zaniepokojonego serca. Próbuję wytrzymać dłużej, niż starczy mi oddechu. Jeszcze dłużej.

Przypomina mi się niezwykle barokowy sen, który śniłam porzucona na kanapie, przykryta służbową marynarką.

Wyśnić go jeszcze raz, uwięziona pod taflą lodu.

Sen, w którym grozi Ci realne niebezpieczeństwo.

sobota, 17 lipca 2010

Czwartek gdy złamałam sobie serce


Zaczęłam biegać. Z nudów. Dwa treningi dziennie organizują mi skutecznie czas. To co się dzieje z moim ciałem przeraża mnie. Szeroko zakrojony sabotaż lub gwałtowne protesty. Po tygodniu protesty mijają. I rzeczywiście widoczne jest jak wkraczam w pierwszą fazę gubienia wszelakich nadmiarów. Najpierw płyny, które wyparowują i znikają jako pierwsze.

Ból egzystencjalny, ból istnienia. Od czwartku nie śpię, nie jem. Wypłakuję oczy po kątach. Moje serce znów zostało złamane. I to własnoręcznie. Samodzielnie, do spółki z moją chorą wyobraźnią.

Prace nad książką trwają, ale wciąż tracę wiarę w siebie. Mam trzy odrębne projekty wydawnicze, ale czasem wydaje mi się, że nie uda mi się żadnego z nich ukończyć. Chwilami wydaje mi się, że nie mam dostatecznie wielkich jaj by opisać to co rzeczywiście chodzi mi po głowie, to co mnie interesuje najbardziej. Zawsze najbardziej interesuje mnie to co najbardziej ekstremalne. Napisać to jedno, to mogę zrobić dla własnej przyjemności. Ale wziąć potem za to odpowiedzialność i powiedzieć „tak, tak to moja rzeczywistość, w której konfiguracje pornograficzne i promiskuityzm to podstawy kształtowania się erotycznej osobowości. Wszakże wędrówka głównej bohaterki to poszukiwanie prawdziwej miłości…”.

Co raz częściej zastanawiam się nad ucieczką stąd. Rzygam tym miastem. Cały czas spotykam jakiś ludzi, którzy mnie znają lub znali lub chcieli by znać. Warszawa jest zdecydowanie za mała by pomieścić takiego kosmitę
jak ja. Zakładam, że jak do końca roku nie wydam, prysnę. Na Plutona. Serio, serio.

Opowiedzieć wam o czwartku? O czwartku gdy złamałam sobie serce? Więc w czwartek u Cioci Franki impreza z okazji rozpoczęcia EuroPride. Baloniki, serpentyny i drag przebrania. Boa obowiązkowe. Campowy seans filmowy do tego. Wybuchające wino musujące w zamrażalniku. Nikt niestety Franki nie ostrzegł, że pewnych rzeczy, pewnych póz, pewnych ludzi nie wolno jej oglądać. Po wypiciu samodzielnie litrowej butelki czarnych bąbelków i jednego żywca, Franka oświadcza, że idziemy na miasto. Franka musi natychmiast złamane serce leczyć za pomocą tłumu nieznajomych kobiet, które uwiedzie i porzuci natychmiast. Jak Franka zapowiedziała, tak też się stało. Amanda i Jen, Jen i Amanda na przemian. Franka na pewno pozwoliła zakosztować szanownym gościom na EuroPride sławetnej słowiańskiej gościnności, jak i sprawności językowej w zakresie brytyjskiego akcentu i nie tylko. Potem kolejna grupa, w innym klubie, przy innym stoliku. Sami mężczyźni. Snuję swoją pijacką opowieść o poszukiwaniu Wielkiej Miłości, pełną gwiezdnego pyłu i delikatnych pocałunków, strojąc przy tym głupie miny. Brytyjczycy są tak zafascynowani moją historią, że chcą mi oddać swoje bilety powrotne do Londynu, bowiem tam, właśnie tam jest mi pisane miłość odnaleźć. Przez chwilę rozważam tą propozycję, gotowa spakować się już, zaraz, teraz. Potem przypominam sobie, że tego wieczora zmieszałam bąbelki, piwo, whiskey i gin z tonikiem. Na dworze świta. Jakiś Gorgio proponuje, że odwiezie mnie do domu. Wymykam się z latynoskich objęć i …. Spotykam w okolicach Mostu Świętokrzyskiego dresiarza, z którym chodziłam do podstawówki. Jest na motorze. Jeździmy po Warszawie do szóstej rano. Udaje mi się nie obrzygać ani motoru ani kasku. Rano wstaję z kacem mordercą i dochodzę do wniosku, że jestem kosmitą. Żaden człowiek, żaden normalny człowiek nie ma takiego talentu do pakowania się w erotyczne kłopoty co ja. Nie mogę być ziemianką. Jestem kosmitką. Serio, serio. Delikatnie unoszę nocną koszulkę z różowej koronki i dotykam lewej piersi. Wyczuwam puls. Wyczuwam całą swoją samotność. Tak. Ewidentnie złamałaś sobie serce, słoneczko….

środa, 14 lipca 2010

Nowy gatunek

EuroPride przyciąga do Warszawy przeróżne indywidua. Duchy, demony i mnóstwo świecidełek. I tak to w pewien wieczór, który nie niósł ulgi od upalnego powietrza, w drzwiach mojego mieszkania pojawił się Krystian. Zgodziłam się go przenocować. Po jednym dniu moje obowiązki miała przejąć jakaś zakochana heteryczka. Rzucił swoją walizkę od LV (made in singapore) na kanapę i potrząsnął głową.
- Nic się tu nie zmieniło. No może kurzu przybyło…
- Nic się nie zmieniłeś. No może z wyjątkiem brzucha…

niedziela, 11 lipca 2010

Bezimienna muza

Co się dzieje z muzami gdy odchodzą?

Czy każdemu z nas przypisana jest tylko jedna, morficzna muza? Zmieniający kształty stwór, który siedzi na naszym ramieniu, niczym anioł stróż.

Czy może jest ich wiele? Nieustający pochód zwiewnych postaci, które w swojej wędrówce wypoczywają w blasku Twojego głodnego wzroku.