poniedziałek, 14 czerwca 2010

Upalne dni

Najpierw otwieram jedno oko. Powieka odkleja się z trudem. W sypialni jest duszno. Okna mam od wschodniej strony, więc żaluzje trzeszczą niczym chrupki. Jestem okryta gdzieniegdzie prześcieradłem, które lepi się niczym plaster. Nie ma czym oddychać. Buldożka leży na progu sypialni dysząc ciężko.  Każdy wypalony papieros czy łyk alkoholu z przeciągu ostatniego tygodnia daje o sobie znać, gdy reszta wody wyparowuje ze mnie w drodze do łazienki. Napuszczam lodowatej wody do wanny, żeby chociaż opłukać się zanim razem z buldożką wytoczę się na skwar. Jest sobotni poranek. Przede mną weekend pełen stukających obcasów i randek, pełen marlboros w softcie i walczenia o stolik w szpilce. Weekend pełen komunikacji miejskiej i taniego wina musującego w oszronionych kieliszkach od szampana. Łapię za telefon, czytam sms od Taty; „Pozdrowienia z Istambułu. Podobało by Ci się tutaj. 17 mln ludzi, 50 meczetów i żadnych starych samochodów. Właśnie idę na zakupy.” Shit~!


Po kąpieli, w samym staniku, stoję w oknie. Jem gruszkę i piję wodę mineralną z mnóstwem lodu. Wiatrak chłodzi nagie plecy. Starym zwyczajem patrzę na wchodzące w zakręt samochody i liczę, marzę, że z któregoś nagle wysiądziesz Ty. Ukłucie. Kto miałby z tego samochodu wysiąść? Gubię się w setce wyobrażeń. Tej nie kocham, tej już nie pragnę, z tą zabronione jest mi widywać się. Ta nie kocha, ten już nie pragnie, a tego trzeciego gatunku nie dane mi było nigdy spotkać. Kto więc? Czarnowłosa, niska istota o wielkich, załzawionych oczach, posklejanych rzęsach, rozmazanej szmince. Postukując czarnymi szpilkami, postukując czarnymi paznokciami o dach czarnego samochodu. Pomachałaby do mnie z pustego parkingu i przesłała całusa. Zapaliła papierosa i wepchnęła butelkę po jacku di do wielkiej czarnej torby od marka dżej. I tylko szept, który wypada spomiędzy ostrych zębów „nie będziesz już nigdy sama… nie będziesz już nigdy sama, bo…”. Słyszę go wyraźnie mimo przestrzeni, która nas dzieli. Przykładam głowę do topiącej się w promieniach słonecznych szyby i patrzę jak czarnowłosa znika w cieniu klatki schodowej. Dopowiadam rozgryzając kostki lodu „nie będziesz już nigdy sama, bo masz samą siebie”. Potem idę przymierzać nowe, epickie, czarne szpilki i dalej kochać się w samej sobie.

Na zakupach jest koszmarnie gorąco. Pod wielką spódnicą vintage w zielone kwiaty założyłam stringi, które składają się głównie z nitki dentystycznej. Szybki ruch nadgarstka i majtki ostentacyjnie lądują w koszu tuż przed Zara Men. Szybko oddalam się, a za mną stuk stuk stuk stuk nowych, fioletowych sandałków. Przez chwilę czuję się jak Samantha Jones….

1 komentarz:

filippa.eilhart pisze...

Gorące powietrze sprzyja zakupom i innym przyjemnością.