niedziela, 20 czerwca 2010

Miejska baśń o Katarzynie Frank

One fluid gesture, like stepping back in time. Trapped in amber, petrified. I'm still not satisfied
(Placebo)

Smutek jak długa, czarna suknia. Bez miękkości, o ostrych brzegach. Latexowa, z pvc, bezlitośnie przylegająca, bezlitośnie połyskliwa. Nieustannie wilgotna. Wilgotna w kroku i na pośladkach. Wilgotna u wysokiego, rozłożystego kołnierza. Od łez. Od serca. Od nadziei, którą rozpoznasz po tym, że kwitnie między nogami.
Znowu się pojawiasz. Niespodziewanie. Sprowokowana szeptaną ukradkiem modlitwą. Otwieram szeroko drzwi. Czuję sól na tylnej ścianie gardła, słodko – słony strumień, jak spływająca z nosa amfetaminę. Drżą mi dłonie. Tłumaczę się rzekomym kacem i utratą dopływu adrenaliny, takie życie na urlopie. Gdy bawisz się z psem w salonie, zamykam się w łazience, rozbieram się do naga. Włączam wiatrak, włączam radio by wytłumić każdy odgłos. Siadam na dnie zimnej, kamiennej wanny jak na dnie porzuconej, pogrobowej muszli. Wciskam głowę między kolana, chowam się między ramionami. I zaczynam szlochać. Jęczę i gryzę skórę obtartych kolan. Przez chwilę nie umiem Cię wytrzymać.

Kiedy w końcu dostanę swój kawałek szczęścia, swój fragment błękitnej tabliczki czekolady?

To się znowu źle skończy. To się zawsze źle kończy. A jednak jestem chorobliwie ciekawa jak źle to się skończy tym razem.

Grzeczne uśmiechy i potrząsanie zawiniętą w pięść dłonią. Sztywne mięśnie pleców i miękkie ścięgna kolan. Przyglądasz mi się z uwagą. Oglądasz z zaciekawieniem chorobowe reakcje na Twoją realizację moich marzeń. Mam co raz dłuższe, czarne jak smoła włosy. Przypominam siebie z czasów gdy się poznałyśmy. Zupełnie jakby to co pomiędzy nami nigdy nie istniało. Obwarowuję się mitem i legendą, obudowuję miejską baśnią o Katarzynie Frank. Gubisz się w tym wszystkim.

Gdy odprowadzam Cię do tramwaju spotykamy dziewczynę, mojego stalkera, który regularnie grozi mi utratą zębów czy połamaniem nosa. Lubi dzwonić do mnie w środku nocy, po pijaku. Lubię jej słuchać, jak z nienawiścią wyrzuca z siebie moje imię i kolejne obietnice połamanych żeber, pogruchotanych kości. Witasz się z nią całusem w policzek. Patrzę na to z fascynacją. Nasze drogi mogą rozejść się jeszcze bardziej.

Macham Ci na pożegnanie, składając i rozkładając dłoń. I już opracowuję plan zemsty. Plan zemsty na sobie. Czarna sukienka na drucianym wieszaku. Czarne szpilki w szafie, której drzwi nie domykają się. Czarne rajstopy, które puszczają oczka zawsze po wewnętrznej stronie, zawsze tam gdzie wbijam pomalowane na czarno paznokcie. Łiskacz, który w zielonej butelce wydaje się mocno czarny. Czarne rzęsy, czarne powieki, czarne łzy.

To mi zajmuje co raz mniej czasu. Może to zasługa wyostrzonych zmysłów, może bardziej zasobnego portfela. Może to, że nie chcę się wiązać, nie chcę mieć nikogo dla siebie, nikogo na własność. Może to, że wzbudzam sama w sobie jakiś niepojęty zachwyt, gdy patrząc w lustro widzę nie siebie, a kogoś kogo od zawsze pragnęłam.

Dziewczyna ma ciemno brązowe dredy związane wysoko na czubku głowy. W niezrozumiały sposób niepokoi mnie to. Mam cały czas przed oczami obrazy smagania ciała batem. Widzę fragmenty mojej białej, delikatnej skóry pociętej pejczem. Przełykam ślinę, przełykam wódkę i odważnie podnoszę głowę do góry. Jest dużo wyższa od mnie, silniejsza. Ma długie ręce, pajęcze nogi w ołówkowej spódniczce o złotych guzikach. Pełne usta o mięsistej dolnej wardze. Jestem w stanie postawić na tą kartę tej nocy.
– Może się okazać, że jestem Twoim czarnym koniem. – mówię wyrywając jej z dłoni kieliszek z wódką.

Z powodu nierównych sił nasz seks przypomina zapamiętałą walkę dwóch samic. Udaję silniejszą niż jestem, wyższą, mocniejszą, o grubszych kościach. Wygrywam, ale satysfakcja i tak jest nikła.

Budzę się przed świtem. Wysupłuję się z wykrochmalonej pościeli pozbawionej zapachu. Te wszystkie dziewczęta jakie przewijają się przez moje krocze. Mam je w tak głębokiej pogardzie, że nawet nie chce mi się zapraszać ich do domu. Nie chcę ich w moim łóżku, nie chce mi się spierać ich zapachu z pościeli, zacierać ich śladów pośród intymności, pośród tego co jest naprawdę mną. Nie chcę żeby dotykały mojego psa, wchodziły do mojej łazienki, pytały o grzebień, szczoteczkę, puder, grzebały w lodówce, krzywiły się nad kawą jaką parzę dla siebie w french pressie. Zakładam czarny stanik, czarne figi. Zapalam papierosa i staję w hotelowym oknie. Każdy brzask jest stalowo szary. Pusty i zimny. Rozglądam się po meblach wielorazowego użytku. Przechadzam się pomiędzy pustymi szafami a sterylną, minimalistyczną łazienką o tysiącu odbijających światło powierzchni. Dotykam prostych kształtów, tak niepodatnych na zniszczenie czy upływ czasu. Dotykam czołem zimnej szyby. Dotykam przestrzeni, która nie ma osobowości. Zastanawiam się, może powinnam to zrobić? Wynająć sobie taki sterylny mały pokój, gdzieś w centrum, z obsługą sprzątającą w komplecie. Tylko wielkie łóżko, barek z zamrażalnikiem, popielniczka, proste biurko w stylu art deco i laptop. Może powinnam sobie sprawić studio. Przestrzeń, która będzie służyła tylko do pisania i bzykania panienek. Wypluwam tą myśl razem z niedopałkiem papierosa. To myśl małego, łysego facecika ukrytego we mnie.

Długonoga budzi się gdy pod światło oglądam swoje rajstopy, oceniam stopień zniszczeń. Jestem już kompletnie ubrana, pod pachą trzymam kopertówkę. Długonoga z gwizdem wciąga powietrze wskazując na moje obdarte do krwi kolana.
-         Hotelowa wykładzina – uśmiecham się krzywo
-        Daj mi swój numer. – mówi przekręcając się w pościeli niczym długa, różowa śrubka. – Chciałabym to powtórzyć.
Uwielbiam ten moment. Każdy z nich chciałabym zamarynować w bursztynie, spreparować. Może w ten sposób odnalazłabym satysfakcję. W każdym z płynnych gestów, które przenoszą mnie w czasie.
-         To miasto jest bardzo małe. Prędzej czy później na siebie wpadniemy. – odpowiadam składając dłonie na karku.
Wyrzucam do kosza rajstopy. W zęby wkładam marlboro lighta. Podnoszę z podłogi moje czarne szpilki. Wychodzę dokładnie zamykając za sobą drzwi. Na boso, po hotelowej wykładzinie, nieskazitelnie czystej i ostrej jak szkło.

3 komentarze:

filippa.eilhart pisze...

Po przeczytaniu posta zaczęłam się zastanawiać nad pokojami hotelowymi. Kilka lat temu dość często gościłam w pewnym hotelu ze słoneczkiem w logo, w państwie, gdzie słoneczka ciężko uświadczyć :)
Mogłam tam mieszkać tydzień, ale i tak wciąż czułam się obco, a dziwny zapach sterylności i drapiąca pościel sprawiały, że nie miałam ochoty przebywać w nim dłużej niż 6h spania.
Ba, nawet swojego dobrego bałaganu nie mogłam zachować, bo wracając zawsze zastawałam ład, wszystko było poukładane, poodkurzane, dosunięte na swoje miejsce i zimne (bo ogrzewanie nie działało, gdy karty magnetycznej nie było w korytku). Chyba wolę własny nieład i zapachy - jakiekolwiek by one nie były :)

inesligatur pisze...

a ja się pytam przy tej okazji jakim cudem w Warszawie nie ma żadnego hotelu miłości, kiedy w nie tak znowu dużej Japonii jest ich 30 tysięcy? http://www.portalwww.eu/pl/artykuly/2011/5/31/love-hotel/ prowadzenie hotelu nigdy nie było moim marzeniem, ale tę lukę trzeba jakoś zapełnić! :)

lipshit pisze...

tak! zrób to! chcę wykładzinę drącą rajstopy na kolanach i vip super diamond kartę zniżkową.