czwartek, 24 czerwca 2010

Fragmenty książek, które nigdy nie powstaną

(...)
Lubię fantazjować na temat jak to wszystko się zaczęło. Wymyślać od nowa moment, o którym tak naprawdę nic nie wiem. Lawina wydarzeń, która zmiotła mnie z powierzchni ziemi musiała mieć gdzieś swój początek. Gdzieś poza mną. Może jadłam wtedy kanapkę albo rozplątywałam włosy. Może spałam albo śniłam na jawie. Może byłam w innej strefie czasowej. Może szłam ulicą o tej dziwnej godzinie, którą zwą velvet hour, na przeskoku nocy i dnia, gdy nie jest ani ciemno ani jasno.
Wyobrażam sobie jak rozpoczęłaś wszystko, z właściwą sobie gładkością i zwierzęcym opanowaniem. Jak drapieżca. Nieśpiesznie zaczęłaś niszczyć moje życie. 

(...)
Wyobrażam sobie, że w tej dokładnie chwili, gdy odcięty warkocz pada na ziemię, przykładam palce do ust. Wielkomiejski tłum, rzęsiście oświetlony rynek i jakaś gwarna, publiczna sytuacja. Nagłe zamyślenie. Westchnięcie. Coś na kształt wspomnienia snu. Cios deja vu, który rozchodzi się odrobiną paniki po wewnętrznej stronie czaszki. I już ktoś mnie szarpie, mówiąc – Ewa, Ewa, czy ty mnie słuchasz? – Zaczynam potakiwać, bronić się. Szybko wsiąkam w hałas. Pęcznieję tłumem ludzi, jak krople tłustej wody na piasku. Szybko zapominam te kilka sekund podczas których byłyśmy połączone.

Wyobrażam sobie, że musiałam poczuć, gdy ostatnie lato się rozpoczęło.

(...)
Budzik, prysznic, ciuch i dalsza część biegu. Niby nic, ale jeśli chcesz możemy rozciągnąć czas niczym gumę do życia i przez jej dziury obejrzeć wszystkie szczegóły z życia Ewy. Niesmak w ustach. Świeżość wody gazowanej, lodu i limonki. Głaskanie się po brzuchu. Blond włosy na dnie wanny. Białą bieliznę, która przecież nie przystoi takiej starej krowie jak ja. Papiery, które na siłę wpycham do czarnej teczki, święcie wierząc, że przed spotkaniem z Agatą uda mi się je uporządkować. Skarpetki w świnki, schowane w conversach (projektowanych przez samego Tima Burtona). Kusa kurteczka z miękkiej skórki, za którą zapłaciłam jak za zboże, po to tylko by udawała, że jest z lumpexu. Kusa kurteczka, na którą jest dzisiaj zdecydowanie za ciepło. Wysoko upięty, blond koczek i czarne, wytuszowane rzęsy, jak negatyw drobnej japoneczki. I dzwonek telefonu, i wrzask „Ewa, Ewa, czy ty mnie jeszcze pamiętasz?”, „tak, oczywiście słoneczko, nic się nie bój, spotkamy się tam gdzie zwykle”, a w głowie „kurwa, nie mam pojęcia co to za Kasia? Jaka kurwa Kasia?”. I panika bo klucze. Są. I panika bo okno, bo żelazko, bo woda, bo wciąż jest za wcześnie, za późno. I znowu panika bo klucze. I wreszcie, gdy zatrzaskuję drzwi za sobą, mogę nabrać odrobinę powietrza.

1 komentarz:

Labryska pisze...

Szkoda, że nie powstaną ;)