poniedziałek, 29 marca 2010

Jet black

Gdy wracam do domu jest około południa. Niedzielne, spowolnione miasto, wciąż wytłumione śniegiem.Specjalnie wybieram tramwaj. Nadrabiam drogi. Opieram czoło o zimną szybę. W migotaniu ulic, w ostrym słońcu, w szarym świetle studzę kaca. Mam ochotę wsadzić głowę w zaspę, rwać zębami śnieg. Jest świeży i chrupiący. Jak dobrze zblendowana margeritha pozbawiona smaku. Jak sorbet z przezroczystych owoców. Jak lody o smaku gazowanej wody mineralnej.
Wysiadam na Nowym Świecie. Dzieci, babcie, wózki i reklamówki wypełnione pączkami od bliklego. Różowe policzki, kubki kawy. Mieszczański, doszorowany, pokościelny deptak. Równo uporządkowany tłum po dwóch stronach zakazu ruchu i zakazu palenia. A pośrodku ja. Potwór. W rozchełstanej koszuli, z rozmazaną maskarą, z rozszerzonymi źrenicami. Zapach alkoholu, perfum unisex i brudnych majtek. W ręku puchowa kurtka i papieros. Na ramiona zarzucone czarne futerko. Trudno utrzymać równowagę. Stulam usta z których złazi revlon forever stay w odcieniu rich plum. Przykładam do nich palec, z którego sypie się maybelline jet black. Spod czarnej grzywki wznoszą się wczorajsze oczy. Mijasz mnie może, przeszłą sobotnią noc, szukając odpowiedzi. Jedyne co mogę Ci powiedzieć, to że…
Sza…. Cicho sza…. Nigdy nie dowiesz się co się stało tej nocy….


-   Obiecałeś! – buntuję się jak mała dziewczynka. Krzyczę do słuchawki tupiąc nogą. – Bez Ciebie rozpływam się w tłumie.  –
-        Kochanie, Kotku, Katie nieee mogę…. – gdzieś w tle słyszę chłopięcy chichot. – Coś mi wypadło. Co, mam Ci ściemniać, że zostaję dłużej w pracy? Przecież nie jesteś jak inne, jak te inne idiotki…
-        Jestem już tutaj. Czekam na Ciebie. – cedzę przez zęby.
-        Poradzisz sobie Katie. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Nie jesteś jak inne dziewczęta.
Parskam i energicznie kręcę głową. Agresywne potrząsanie czarną grzywą ma mi zastąpić chęć roztrzaskania telefonu o ścianę. Tak się zawsze kończy umawianie z pedałami.Jestem trzeźwa,  sama, w trzypoziomowym, heteryckim klubie, w sobotnią, karnawałową noc. Wszystko nagle wydaje mi się rozpaczliwie i nachalne. Mój make up, asymetryczna fryzura, marka fajek, drink jakiego chcę zamówić. Królowa bez świty zamienia się w żebraczkę. Nerwowo zeskrobuję czarny lakier, trąc paznokciem o paznokieć. Powtarzam pod nosem
Katie, oh Katie...  nie jesteś jak inne dziewczęta.

Bar jest chirurgicznie zielony. Spodziewam się, że barman wyskoczy w kitlu i zacznie nalewać te pretensjonalne shoty w próbówkach. Mam inne apetyty. Marzę by jak na amerykańskim filmie postawiono przede mną solidny shot glass z grubego szkła, z podwójnym dnem o grubości soczewek korekcyjnych. Marzę by lano do niego ciężki płyn, rozchlapując lepkie krople po drewnianym blacie. Podnosisz taki shot glass zawijając dłoń w piąstkę, jakby chciało się go na siłę wcisnąć do ust. Potem tylko szybkie odchylenie głowy, jak skurcz, jak przełknięcie lekarstwa, jak błyskawiczna modlitwa, nagłe błogosławieństwo, ostateczne przyzwolenie.
Zamawiam swój zestaw ekonomiczny. Tequilę podają mi wąskim kieliszeczku do wódki upstrzonym resztką logo „obieski”. Do tego plasterek cytryny (tak, plasterek) i pusta solniczka. Tylko butelka piwa jest przyjemnie oszroniona, zarastająca lodem. Co chwilę zmieniam dłoń by ją utrzymać. Potrzebuję jej, jak tarczy, gestu obronnego który ściskam kurczowo między palcami. W razie czego,szybki unik wzrokiem i zasłaniasz twarz szkłem, biorąc kolejnego łyka.
Przy barze nie ma stołków, więc opieram się o niego plecami.

Brak komentarzy: