sobota, 6 marca 2010

Jak pieprzona Kasia Pepper

Jestem wykończona tym tygodniem. Zmiana pracy. Urodziny. Sms od kobiety, którą wciąż kochasz, a która życzy Ci znalezienia nowej miłości. Spotkania. Alkohol. Melancholia i sentymenty. Nowa torba, o której marzyłam, trzymając jej zdjęcie na ekranie służbowego komputera. Dwie siaty wsiowych, fioletowych prezentów, które uwielbiam. Ciastka, frytki i mięso. Zima, która nie może się skończyć.  Rozgniatanie lodu czubkiem buta, by usłyszeć to chrupanie, które przypomina o lecie, margeritach, o rozgryzaniu kruszonego lodu w ulubionym mojito w ulubionym barze nad ulubionym wybrzeżem. Nadzieja, która miesza się z rezygnacją. Łzy i złośliwy chichot na przemian. Stres i nadpobudliwe reakcje.
A mimo to czasem jest dobrze. Nie jest dostatnio, ale dobrze.
Na imprezie w N.W.Ś. jakieś duńskie, modowe czasopismo robi mi zdjęcia. Fotografka przedstawia się„Francesca”. „Franciszka” odpowiadam. Ekipa krzyczy „Put your glasses on! Put your glasess on!” Więc posłusznie nasuwam na nos moje szylkretowe podróby wayfarerów, stawiam czarny kołnierz i stroszę włosy. Potem drinki, które polewa mi zza drugiej strony baru moja była przełożona. Zabawne flirty z nieznajomymi, którzy nie mówią dobrze po angielsku.

Zmienia się kąt nachylenia ziemi pod stopami. Chciałabym już strząsnąć z siebie koszmar. Wreszcie zacząć oddychać pełną piersią. Wstałam, poszłam do pracy i świat się nie zawalił, co najwyżej zbladł i zwolnił. Nawet najsilniejszą wolą, nie można sobie wypracować kresu miłości. Tęsknię za wrzącym deszczem. Nie chcę szybko zaspokajać swoich potrzeb, które dzięki natychmiastowej satysfakcji stają się elementarne. Na razie jestem jak pieprzona Kasia Pepper, którą wymodliłam sobie modląc się o niewłaściwe, którą wywołałam sobie jak wilka z lasu.

Brak komentarzy: