wtorek, 23 marca 2010

Black stilettos

Siedzę na twardym krześle pochylając się nad kalendarzem i przygryzając końcówkę długopisu. Zastanawia mnie czy zawsze muszę odgrywać przeznaczoną mi rolę. Czy potrafię się wyzwolić z tego czego oczekuje się ode mnie. Jaka jestem? Uległa? Dominująca? Czy zawsze muszę przejmować inicjatywę? Czy wyobrażasz sobie mnie na wysokich, czarnych szpilkach?
Przechodzi koło stolika, jakby sprowokowana moimi myślami. Ma na sobie podarte dżinsy i obcisłą marynarkę. Bawi się sztucznymi perłami owiniętymi wokół szyi i wokół nadgarstków. Czuje się w tym niewygodnie. Może to widać, może to tylko ja obserwuję ją odrobinę zbyt uważnie. Znamy się, tak, chociaż nie chcemy się znać. Chciałabym, żebyś nie odzywała się do mnie już więcej. Każde twoje słowo, każde spojrzenie to dla mnie propozycja. Jesteś jak sygnał do natychmiastowego wezbrania. Przypływ. Odrobina kokainy na twojej łechtaczce. Ulubiona perwersja w błyszczącym papierze, z wielką czerwoną kokardą. Mój syty, obleśny uśmiech. Wiesz co robisz, umiesz mi to zrobić. Wiem co robię, zaufaj mi.

-        Śmieją się ze mnie.– przystaje opierając się najbliższą ścianę. – Przyzwyczajeni, że zazwyczaj wyglądam jak chłopak.

Przełykam ślinę. Mam ochotę przeprosić, sama nie wiem za co.

-        Nie przejmuj się. Niektórym to się podoba. – urywam, wbijając wzrok w karty kalendarza.

Nie mam zamiaru wyjaśniać co miałam na myśli, nawet pod naciskiem jej pytającego spojrzenia. Przygryzam dolną wargę i bezczelnie zakańczam rozmowę skupionym zmarszczeniem brwi. Koniec, jestem zajęta, nie reaguję. Chwilę jeszcze obserwuje mnie uważnie, zastanawiając się. Zaczyna stroszyć postrzępioną, jasną grzywkę. Bawi się guzikiem męskiej koszuli. Co raz mocniej wbija czubek błyszczącego buta w bezbarwną, brudną wykładzinę. Zapach jej unisexowych perfum łaskocze mnie. Tu jest za mało przestrzeni, za mało miejsca, za mało naturalnego światła. Otacza mnie ze wszystkich stron, gęstnieje.

Dosyć. Wstaję gwałtownie. Wsadzam ręce w kieszenie i wymijam ją bez słowa. Głośno tupię w drodze do łazienki, może żeby pobudzić wszystkie knajpiane duchy, wezwać je do obrony mojej czci. Może żeby zagłuszyć jej kroki. Dopada mnie już w środku. Jednym sprawnym ruchem zamyka za nami drzwi od kabiny. I nie ma żadnego przypatrywania się czy westchnień. Rzuca się na mnie tak szybko, że zdziwiona siadam z impetem na sedesowej muszli.

***

Wyjmuję dłoń spod rąbka własnej spódnicy. Siedzę na brzegu wanny. Jej łazienka jest większa niż moja sypialnia. Wszystko starannie poukrywane w schowkach, gdzieś między plątaniną rur i gąszczem przewodów. Nie mogę się zdecydować czy wyczuwam tutaj obecność mężczyzny. Jeśli żel do kąpieli jest niepokojąco sosnowy może to sprawka chłopca ukrytego gdzieś pod bielizną calzedonia. Przywołuję się do porządku. Staram się w sobie zwalczyć pokusę by zajrzeć do kosza z brudną bielizną. Patrzę na dziewczynę w lustrze. Pokusa w stylu vintage. Opina mnie czarna sukienka, trapezowa, przecięta białym, geometrycznym wzorem. Odsłonięte uszy, naga szyja, nagi kark. Krótkie, czarne włosy. Błyszczą i pachną ziołowym szamponem. Mocno mocno umalowane oczy. Sztuczne rzęsy jak kawałki futerka, resztki zestroszonych piórek. Blade usta. Piegi i świdrujące, głodne oczy. I gęsia skórka. Delikatna skóra na której podnosi się meszek…

Puka do drzwi. Niecierpliwi się. Wino stygnie czy coś tam, coś tam.
-        Wciąż męczę się z rajstopami. – to mówiąc zerkam na delikatny, czarny zwój porzucony tuż obok pary minimalistycznych szpilek. Zdjęłam je razem z czarnymi małymi majtkami w dziwnym akcie desperacji. Jakbym podejmowała nieodwołalną decyzję odnośnie dzisiejszej nocy. – Nie mogę sobie poradzić z tą dziurą.
-        To zdejmij. – pada lakoniczna odpowiedź i słyszę oddalające się kroki.
-        To zdjęłam. – mówię i krzywię się do swojego odbicia w ulubionym, wampirzym uśmiechu.

Zanim wyjdę z łazienki otwieram szafkę ukrytą za lustrem. Wszystkie fiolki i pudełeczka są no name, no logo, robione na zamówienie. Unoszę wiklinowy koszyk z wacikami i opróżniam go wysypując zawartość do srebrnego kosza. Do środka wpycham rajstopy i majtki pachnące podnieceniem.

Stukot obcasów wytłumiony beżową wykładziną. Stoi oparta o kuchenny aneks bawiąc się sznurem sztucznych pereł. Dzięki czarnym szpilkom zmienia się dynamika mojego ciała. Jestem wyższa, sięgam głębiej, poruszam się wolniej. Patrzy na mnie spod jasnej grzywki z kamiennym wyrazem twarzy. Sukienka i naga skóra gładkich ud, między którymi niosę wiosnę. Kroki dzikiego kota. Ze szklanego stolika zgarniam swój kieliszek wytrawnej cavy. Pozwalam by jasna, musująca kropla spłynęła mi po brodzie. Znaczę jej ślad kciukiem. Biodra i rozpalone powietrze. Chciałabym z każdym rozkołysanym krokiem zgubić dla Ciebie jakiś fragment garderoby. Stanąć przed Tobą naga. Nachylić się i palcem zamoczonym w musującym winie zaznaczyć drogę od kostki tuż nad krawędzią czarnej skóry, tuż nad czarną szpilką, aż do pępka. Ale nie ośmielasz mnie do niczego więcej niż łobuzerski uśmiech, który migocze pod nosem.
Podchodzę bardzo blisko. Czuję jej oddech na kości obojczyka. Marzę by usłyszeć elektryczny świst błyskawicznego zamka sukienki. Każdy mięsień mojego ciała napięty, w gotowości. Tak, chcę żebyś zobaczyła mnie całkiem nagą. Nie mam nic do ukrycia.
Schyla głowę. Nie jestem przyzwyczajona być wyższą. To zaburza proporcje erotycznych apetytów. Nie chce spojrzeć mi w oczy. Podnosi do ust smukły kieliszek. Brutalnie odejmuję jej dłoń od twarzy, odbieram kieliszek, zabijam każdy gest, który mógłby mnie powstrzymać. Zmuszam ją by spojrzała mi w oczy. Kieruję jej palce na skórę swoich ud. Są zimne jak igiełki mrozu. Kreślę nimi koła i niemal siłą kieruję pod sukienkę. Ma zamglony wzrok, ciekawość walczy z rezygnacją.
-        Chcesz się przekonać? – pytam – To nie każ mi robić wszystkiego samej...
Moja wilgoć na opuszkach zimnych palców. Zamykam oczy i odchylam głowę do tyłu. Nie tracę równowagi. Nawet gdy siła pocałunku wgniata mnie w ścianę powietrza.

Gdy jadę do domu, taksówkarz śmieje się ze mnie. Mówi, że to już rzeczywiście wiosna skoro dziewczęta szwendają się po nocach z gołymi kolanami.

Brak komentarzy: