niedziela, 28 lutego 2010

Festiwal świateł

Przez trzy dni śnił mi się mój własny ślub.
Z trzema różnymi osobami. Żadnej z nich nie znam. Nigdy wcześniej nie widziałam.
Trzy różne śluby. Trzy różne płcie.
Pierwszego dnia śnił mi się ślub z postawnym blondynem.
Strasznie sepleni. Nosi błękitny garnitur retro, bluzkę z żabotem i białym goździkiem wpiętym w klapę. Moja skromna sukienka ślubna. Czarne włosy, z krotką grzywką, biały toczek. Sala teatralna jest wysoka, siedzenia wyłożone pluszem. Pan młody koziołkuje pośród orkiestry, krzyczy „nie, nie, nie tak… musi być i-deal-nie”. Skacze po grzbietach krzeseł. Ściska mocno moje dłonie, ubrane w białe, skórzane rękawiczki. Gładzi szczytem kciuka trzy guziczki z japońskiej laki. Mówi;
„ Jestem w Tobie szaleńczo zakochany.
Zzz-aa-kochany. Ale to musi być tajemnica. Niech myślą, że to ślub z wyrachowania. Tego pragną.”
Całuje mnie mocno, wciska kciuk do ust i powtarza hipnotycznie;
„ Niech myślą… nie mogą…nie widzą… nie wiedzą…”

Drugiego dnia śnił mi się ślub z młodziutką, rudą dziewczyną.
Skwar leje się z mroźnego, zimowego nieba. Klęczę na balkonie mojego mieszkania, na zimnych kafelkach. Paznokcie obdarte do żywego mięsa. Moja matka pogania mnie;
„ Szybciej, szybciej… ona nie może czekać. ”
Zdzieram ze ściany białą farbę. Pomarańczowe cegły jak podskórna warstwa ciała. Rwę je pazurami. Szukam. Wydzieram kawałki ściany wielkości moich poranionych dłoni. „Mam!” krzyczę. Wreszcie udaje mi się wydłubać ze ściany ślubną obrączkę. Jestem szczęśliwa, jak samiec, który spełnił powinności obfitego polowania. Niebo zachodzi płatkami przegniłych róż.

Trzeciego dnia śnił mi się ślub z czarnowłosą istotą. Głęboka noc. Długie, wilgotne pocałunki. Dłonie wędrujące wzdłuż śliskiej, błyszczącej sukienki z latexu. Unoszę jej rąbek, zerkam ciekawie, jak pod teatralną kurtynę. Wsadzam ciekawską głowę prosto w króliczą norkę. Jest tam coś, czego nie powinno być. Coś zbyt nietrwałego, zbyt szybko zmieniającego kształty, by uchwycić co to tak naprawdę jest. Ciężka, parna zmysłowość. Lubię być tak spocona, częściowo, fragmentami. Smakować jak wilgoć zbiera się w miejscach wyrzeźbionych przez kość.
„Just peachy. - mówi moja ślubna, czarna istota - I just feel fine. Tylko nie mów nic tacie, nie mów nic mamie, nie mów nic siostrze”.
Wygodnie mości się na mnie. Gdy czuję jak rośnie między podrapanymi udami, nadciąga ten stopień podniecenia, w którym czuję, jak powoli tracę przytomność. Osuwam się ze zdrowych zmysłów. Czuję omdlenie i dzięki bogu, za nic już nie ponoszę odpowiedzialności.

Gdy szukam w sennikach znaczenia niektórych powtarzających się motywów, okazuje się, że łatwiej jest odnaleźć hasło „futro z bobra” niż „szukać/zgubić obrączkę”.

Brak komentarzy: