piątek, 24 grudnia 2010

Christmas, just let's get through it

Nie jestem wielbicielem świąt bożego narodzenia. Hibernuję się na ten czas. Koc, jedzenie, passport whisky, laptop i książki, mnóstwo książek. Udaję, że mnie nie ma.
W tym roku, po raz pierwszy od dawna wyjeżdżam. Zamieszkam aż do niedzieli z rodziną. Laptop i telefon zostają w domu. Biorę buldożkę, obcasy i walizkę pełną wyprasowanych kołnierzyków. Po raz pierwszy od lipca spędzę czas bez Kasi Pepper, bez pracy nad Książką. Tak naprawdę, to mój pierwszy wolny weekend od pół roku.

czwartek, 23 grudnia 2010

Zawsze niewystarczająco

Odwykłam od pisania o sobie. Zbyt wiele czasu spędzam z innymi ludźmi. Tymi prawdziwymi i tymi wymyślonymi. Rzadko kiedy pozwalam sobie by być sam na sam z Katarzyną, z Franciszkiem. Rzadko kiedy jestem sama. Nigdy samotna.

Gdy umierało lato, napisałam w liście do K.
„ Mój plan na resztę roku? Znaleźć nową pracę. Znaleźć nowego lovera. Skończyć Książkę. Jak to uda się zrealizować, będę mogła powiedzieć, że jestem szczęśliwa. To wewnętrzne szczęście będzie wyznacznikiem mojego sukcesu. ”

niedziela, 12 grudnia 2010

LIPSHIT CZYTA: Moja Les

Dużo już powiedziano o tej książce. Odsyłam do popkulturowego numeru Furii 02/2010. Tam dwie, słuszne recenzje.

MOJA LES nigdy nie powinna zostać wydana. Jedynym wydawniczym pretekstem jest lesbijska tematyka, która sprzeda w dobie posuchy największego gniota. Polski czytelnik zainteresowany literaturą nieheteronormatywną może jest i spragniony, ale nie jest głupi.

piątek, 10 grudnia 2010

CANDY CANE [3.2]

CANDY CANE [3]

[tokyo dildo] [2/2]

Siedzę po turecku na dywanie w pokoju Doxxy, wyskubując białe kłaczki z wielkiej imitacji, martwego, wypatroszonego niedźwiedzia polarnego. Jego oczy z niebieskich paciorków wlepione są między moje nogi. Doxxa wije się wokół szafy, mamrocząc pod nosem;
-    Czy ja mam jakieś majtki, które nie są przetarte w kroku?
Ma na sobie ręcznik frotte omotany wokół bioder i wielki kowbojski kapelusz. Dopiero co wyszła z wanny. Krople płyną po ważce wytatuowanej na ramieniu. Doxxa paruje. Pachnie. Kręci mnie w nosie.

piątek, 19 listopada 2010

Jeff, Nicole i Katarzyna Franciszek

17 listopada 2010

Miałby czterdzieści cztery lata. Uwielbiał Morriseya. Świętowanie jego urodzin staje się na lipshit blogu tradycją.

Jeff, Katarzyna Frank i Nicole Blackman. Moje autorskie tłumaczenie jej spoken poem „ To the boy who exploded, to the boy who drowned, to the boy who fell from stars”. (taken from “Blood Sugar”). Środkowa zwrotka, o chłopcu który utonął. To o Jeffie. Dosłownie, literalnie, biograficznie. Żadnych nadinterpretacji.

wtorek, 16 listopada 2010

TRZYNAŚCIE PISARSKICH PODPOWIEDZI Chuck Palahniuk

Oto jeden z 36 esejów Chucka Palahniuka z jego kursów kreatywnego pisarstwa. W moim autorskim tłumaczeniu, które powstało na użytek własny. Rady bardzo celne i trafne. Może komuś również się przydadzą.

13 PISARSKICH PODPOWIEDZI
CHUCK PALAHNIUK



Dwadzieścia lat temu, w Boże Narodzenie, spacerowałem wraz z przyjaciółką po śródmieściu Portland. Mijaliśmy duże domy handlowe: Meier & Frank… Fredrick and Nelson… Nordstroms… W wielkich oknach wystawowych były proste, ładne scenki; manekin w fajnych ciuszkach czy butelka perfum siedząca sobie wygodnie pośród sztucznego śnieżku. Jedynie wystawa J.J. Newberry Store, niech mnie ściśnie, była wypełniona lalkami, kolorowymi łańcuchami, zestawami sztućców, zestawami śrubokrętów i poduszek, odkurzaczami, wieszakami z plastiku, kwiatami, prawdziwymi i sztucznymi, cukierkami – wiecie o co mi chodzi. Każdy z tych przeróżnych przedmiotów miał naklejoną cenę wypisaną na kawałku spłowiałego, czerwonego kartonu. Gdy przechodziliśmy, moja przyjaciółka, Laurie, przyglądając się, powiedziała;
-    Ich dekoracyjna filozofia to pewnie „Jeśli wystawa nie wygląda wystarczająco dobrze – upchnij jeszcze trochę”. –

poniedziałek, 15 listopada 2010

INNER SIDE OF WET Rozdział V

WEWNĘTRZNA STRONA WILGOCI

ROZDZIAŁ V


Przez pierwszy dzień prawie w ogóle o Tobie nie myślę. Najedzona Twoim ciałem przesuwam Cię do kategorii wspomnienia. Gdy zapada zmrok i pojawia się zapach zmęczonego miasta, na czubku języka osiada pierwsza kropelka głodu.

Przez drugi dzień udaję, że w ogóle o Tobie nie myślę. Nocą masturbuję się powtarzając w myślach wszystko co zaszło, całą łóżkową gimnastykę. Wyobrażam sobie, że patrzysz na mnie, jak ślizgam palcami po nabrzmiałej łechtaczce. Leżysz obok mnie, całkowicie ubrana, nawet w butach, które brudzą białą pościel. Patrzysz, muskasz mnie błękitnymi oczami, z czułym rozbawieniem. Odgarniasz czarne włosy na kark i  mruczysz mi do ucha;
–    Czy wiesz, że kiedyś ożenię się z Tobą…? – 
Wtedy dochodzę.

INNER SIDE OF WET Rozdział IV

WEWNĘTRZNA STRONA WILGOCI

ROZDZIAŁ IV

I teraz gdy jest już po wszystkim, powinnam móc odetchnąć. Niestety, wciąż nie mogę złapać tchu. Pozbawiasz mnie powietrza.

Po gładkiej powierzchni drzwi osuwam się na podłogę. Zmiażdżona orgazmem, jak zwykle na kilka minut pozbawiona wzroku. Oddech wyrównuje się. Pierwsza fala zatrzymana, ale kilka chwil dalej wciąż czai się tsunami, które zatopi wszystko. Tego pożaru nie da się w żaden sposób ugasić. Płomień zeżre wszystko.

Przecieram mokre oczy, rozmazując maskarę na płonących policzkach. Stoisz nade mną, ocierając pot znad górnej wargi, wznoszona szybkim oddechem. Spodnie masz opuszczone do kostek. Zaczynam się śmiać. Odwracasz wzrok. Mój chichot jest zaraźliwy i pozwala ukryć czułość, która wychodzi na wierzch jak oznaki ciężkiej choroby.

INNER SIDE OF WET Rozdział III

WEWNĘTRZNA STRONA WILGOCI

ROZDZIAŁ III

Czasem wyobrażam sobie, że tamtej nocy, całe życie, które tętni pod przykryciem ulic, na chwilę ustało. 

Przebudziłam się z gorączkowego snu. Śniło mi się, że jestem w Twoim domu i pijana rozrzucam wokół siebie przepoconą pościel, wściekle zrywam z siebie mokre ubranie. Usiadłam na skraju łóżka dysząc ciężko. Płakałam przez sen. Chciało mi się pić. Byłam zaskakująco trzeźwa. W przeczuciu katastrofy zaczęłam się skradać na palcach do zamkniętych drzwi.

Korytarz był pusty. Gładkie drzwi pozamykane. Wiedziałam tylko gdzie jest łazienka. Patrzyłam przez chwilę na zabawki wciśnięte w róg korytarza, na samochodziki i pluszaki.  W dole schodów paliło się chybotliwe światło. Przytłumiona muzyka i strzępki słów. Udało mi się złowić frazę „use somebody”.
–    Ocho! Wampirzyca nie śpi. – pomyślałam – Muszę być ciszej niż cicho.

sobota, 13 listopada 2010

INNER SIDE OF WET Rozdział II

WEWNĘTRZNA STRONA WILGOCI

ROZDZIAŁ II

Wszystko ma swój początek, jednak nie umiem odnaleźć w pamięci momentu kiedy to się zaczęło. Od pierwszego spojrzenia wiedziałam, że chcę Cię mieć. Już wtedy gdy nawet nie wiedziałaś, że patrzę. Wydaje mi się, że pragnęłam Cię jeszcze na długo przed tym jak Cię poznałam.

Oczywiście najłatwiej jest powiedzieć, że wszystko zaczęło się od Twojej rudej żony, ale to nieprawda. Pracowałam z nią, byłam raz czy dwa na szybkim drinku, wszystko. Znam ją dobrze na tyle by wiedzieć, że to nie ma żadnego znaczenia. I na tyle mało by nie mieć najmniejszych wyrzutów sumienia. Mnie to nie dotyczy. Twoja ruda żona to wyłącznie Twoja sprawa.

INNER SIDE OF WET Rozdział I

WEWNĘTRZNA STRONA WILGOCI

ROZDZIAŁ I

Gdy otwieram drzwiczki samochodu jestem już cała wilgotna. Przygotowana od momentu gdy skończyłyśmy ostatnio. Otwarta zanim wszystko się na dobre zaczęło. Trochę walczę z radiem ukrytym pośród gładkiej, skórzanej tapicerki, ale zbytnio trzęsą mi się ręce. Mam sucho w ustach i mokro w majtkach.

Przez moment chcę żebyś w ogóle się nie pojawiła, nie wsiadła. Przez moment chcę uciec gdzie pieprz rośnie. Przez moment chcę się szybko zaspokoić, tutaj, na przednim siedzeniu Twojego samochodu. Zajęłoby mi to zaledwie kilka sekund. Myślę o mokrej plamie jaką celowo zostawiłabym na ciepłym fotelu. Twoja ruda żona kręciłaby nosem i wierciła się, mówiąc ;
– Coś tutaj dziwnie pachnie… jakby… -

Myślę, żeby się zaspokoić, tylko po to by móc odważnie spojrzeć Ci w oczy. Oszukać, że jestem panią własnego pożądania.

piątek, 12 listopada 2010

Body double

We are a couple, 
when our bodies double.

Poznaję od nowa swoje dłonie. Są do krwi zniszczone nieustanną pracą we wnętrzu twojego brzucha.

-    Wejdź, rozgość się. – mówisz.

Wskazujesz mi szpitalne krzesełko o podpiłowanych nogach. Grzecznie siadam. Posłusznie zsuwam kolana. Jak uczennica.

Związujesz mi na plecach dłonie. Srebrną taśmą izolacyjną. Mocną i pospolitą. Zawsze marzyłam o czarnej wstążce, którą wpierw przeciągnęłabyś między udami.

Na brzegu szpitalnego stołu siedzi twój sobowtór. Zapraszająco rozsuwasz jego nogi.

sobota, 6 listopada 2010

Tonight, we toast!

Dziś czwarte urodziny lipshit bloga. W wieku czterech lat umiałam już płynnie czytać, ale nie umiałam ani liczyć ani napisać nic więcej ponad krzywe i kanciaste „katarzyna”. Nigdy nie lubiłam mówić na siebie „Kasia”.
Będę dziś piła i stawiała shoty. W podziękowaniu za kolejny rok obecności w moim życiu. Tequila shots of course. Za rok, mam nadzieję, spotkamy się wszystkie, na wielkim, publicznym placu, gdzie będę wymachiwała moją pierwszą książką i butelką Bollingera, pod seledynową parasolką.
Dla tych wszystkich, którzy nie dadzą dziś rady napić się ze mną ze oszronionych shot glassów, dziesięć cytatów, z dziesięciu, moim zdaniem najistotniejszych tekstów z ostatnich czterech lat. Dobrze jest móc widzieć, że układają się w historię.
Dla tych wszystkich, którzy chcieliby, a z różnych przyczyn nie mogą dziś być z Katarzyną Frank, szepczę;

It's never over

IT’S NEVER OVER
Pass me my coat. 
I’m not afraid to leave.

-    Sex. Literatura. Gastronomia. Tylko to mnie interesuje. – mówię krusząc potrójny lód między zębami. Ostatnio nie pijam piwa.
-    Przeczysz sama sobie. – Z. wierci się niespokojnie łypiąc na mnie spod blond grzywki.
Odkąd wprowadzono zakaz palenia w lokalach jednoizbowych wiele dziewcząt kręci się i wierci. Z ławek i siedzeń nagle wyrasta gąszcz szpileczek, tak cienkich aż niewidocznych. Zamiast smrodu papierosowego dymu, zapach potu i nikotynowego głodu.
-    Przed chwilą opowiadałaś jak to chcesz zniknąć na najbliższy miesiąc. Chcesz pisać. Raz mówisz, że masz dosyć randek i podrywów, a raz, że interesuje cię tylko sex…
-    …. pornografia. Powinnam była powiedzieć pornografia. – wzdycham - Choć to nie do końca to samo. Czy sam seks może być lepszy od wyobrażenia o seksie? Czy mogłabyś bzyknąć kogoś w kim podkochujesz się od czasów liceum, czy może szkoda byłoby przerwać grę wstępną, która trwa od kilkunastu lat?

czwartek, 14 października 2010

Statement

To już nie jest era postmodernizmu. Jesteśmy postcamp. Postqueer. Postgender.

It is not postmoderne anymore. It is postcamp. Postqueer. Postgender. 

poniedziałek, 11 października 2010

CANDY CANE [3 . 1]

CANDY CANE [3]

[tokyo dildo] [1/2]

Ten moment w którym dowiadujesz się, że coś jest nie tak. Brakujący fragment układanki, przerzuty i przeżarty, czarny, jak spróchniały ząb. Utrata kontroli naturalna jak smutek. Coś jest nie tak, ale co? Co jest z nią nie tak jak powinno? A może to z tobą? Może to ty jesteś brakującym fragmentem. Wiedza o braku pozwoli ci natrafić na ślad prawdy o całym świecie.

Najmocniejsze są przezroczyste alkohole. Śmiertelne są choroby, które nie mają objawów. Najbardziej boli to o czym nigdy nie mówisz. Najgroźniejsze są pragnienia, o których jeszcze nie chcesz wiedzieć.

niedziela, 3 października 2010

CANDY CANE [2]

CANDY CANE [2]

[kiss and heal]

Wiem gdzie na pewno się nie poznałyśmy. Wiem, które koncerty to nie były. Ale nie mogę sobie przypomnieć, gdzie tak naprawdę zobaczyłam ją po raz pierwszy. Niech będzie torwar, niech będzie agrykola, niech będą wszystkie parkowe przestrzenie przemierzane na wagarach. Miałam wtedy rude włosy. Poczochrane, marchewkowo rude. Płonąca głowa, tak się czasem podpisywałam pod licealnymi wypracowaniami. Nosiłam glany i podarte rajstopy. Kurt Cobain nie robił na mnie żadnego wrażenia. Uważałam, że jego żona jest o wiele fajniejsza, ale bałam się do tego przyznać. Nie znosiłam cholernie popularnego Heya. Pisałam barokową powieść o dziewczynce zamkniętej w wielkim domu u szczytu brukowanej ulicy i zakochanej w treserce lwów z pobliskiego cyrku. Stałam pod siatką odgradzającą poczochrany, ubrany na czarno tłum od koncertowego zaplecza. Obserwowałam z daleka Doxxę nie mogąc się nadziwić skąd można mieć tyle samozaparcia, jak można tak bardzo się nie bać. Być tak cudownie zblazowaną, a z drugiej strony nie mieć zupełnie szacunku do samej siebie. Doxxa z uporem maniaka wdrapywała się na siatkę ogrodzenia i wspinała na pudła po rozstawionym sprzęcie. Znikała na piętnaście minut, po czym pojawiała się znów, po właściwej stronie siatki, w asyście dwóch wielkich ochroniarzy. Wierzgała, kopała i gryzła, ale i tak lądowała w tym samym miejscu. Na swojej chudej pupie. Tuż przed tłumem domniemanych kolegów i koleżanek, którzy znad paczek west ice rzucali spojrzenia pełne politowania. Doxxa miała to gdzieś. Znów zaczynała się wspinać, przeskakiwała na stos czarnych pudeł i znikała. Po czym znowu. I tak z pięć, może sześć razy. Kompletnie tego nie rozumiałam.

niedziela, 26 września 2010

CANDY CANE [1]

CANDY CANE
Get me out of this place, 
get me out of this town…

Flesh and bone. Candy Cane.
Almond and rhubarb scented. Sweet and sour flavored. Red and white striped. Wet and sticky.
For you to climb on. For you to slip off.
Candy Cane. Candy striper. Eye candy. Hard candy.

[Strangest people in strangest situations]

Wchodzę do mieszkania. Jestem zmęczona po całym dniu fizycznej pracy. Umysł odczuwam tym dotkliwiej. Myśli są lekkie. Słowa więzione przez kilka godzin płyną gładkim strumieniem. Jak stada błyszczących, zadziwiająco posłusznych ryb. Źrenica oka jak najczystsza woda. Otwieram drzwi do szczelnie zamkniętej sypialni. Nie zapalam światła. Nie zdejmuję ani butów ani skórzanej kurtki. Opadam ciężko na rozścielone łóżko, rozsypując czarne włosy na zmiętej pościeli. Wdycham głęboko zapach poprzedniej nocy. Zapach seksu, potu, wilgotnej cipki. Zapach słów wyłuskiwanych spomiędzy sklejonych warg. Powietrze jest bardzo gęste, ciężkie. Aromatyczne. W najintymniejszy sposób pachnie mną. Gdy rano przebudziłam się chciałam zatrzymać czas, którego nie miałam. Przed wyjściem z domu dokładnie zamknęłam swój zapach i resztki snu w pustej sypialni. By móc się odnaleźć po wieczornym powrocie, po wypełnieniu trywialnych obowiązków, po tych wszystkich ohydnych czynnościach niezbędnych do przetrwania. Zachować przestrzeń, przestrzeń snów i marzeń, przestrzeń pełną wilgoci i dziewcząt. Zrobić wszystko tak by przestrzeń wciąż na mnie czekała, jak posłuszne zwierzę. Przestrzeń niemal nienaruszona, ledwo co muśnięta zębem czasu i korozją materii. Zasłaniam dłonią oczy, na siłę zmuszając powieki by opadły. Drugą dłoń wpycham pod pasek jeansów. Szukam drogi, pobudzam się na siłę. Chcę śnić dalej. Chcę znów wrócić tam, gdzie w nocy zwiodła mnie ścieżka pomiędzy udami zaciśniętymi na kołdrze. Przez cały dzień obracałam sen pod stulonymi rzęsami, przewijając go w przód i w tył, jak przewija się film, zapętlając marzenia w nieskończoność. Z perwersyjną przyjemnością przypominałam sobie smaki, zapachy, czując jak łechtaczka wierci się pod służbową spódniczką. Teraz czas by przeżyć to raz jeszcze.  Przeżułam już swoją codzienną porcję bycia człowiekiem. Teraz czas by być sobą.

niedziela, 19 września 2010

Teatr pożerania

skins crawling…

Nie interesują mnie małe kęsy. Nie interesują mnie równe kawałeczki i grzecznie zamknięta buzia, czysta broda. Nie interesuje mnie uprzejme wkładanie pokarmu do ust i zdrowe żucie czterdzieści cztery razy. Nie interesuje mnie skrobanie srebrną łyżeczką na dnie chińskiej porcelany. Nie interesuje mnie cywilizowany taniec widelca i tępego noża. Nie chcę ząbkowanych ostrzy i szczypiec, dzięki którym unikniesz poparzeń.

środa, 15 września 2010

Marylin

MARYLIN

Znów pojawił się ten zapach. Pełen dymu i przejmującego chłodu. Nadciąga znad rzeki. Zwiastuje śmierć lata.

Nieustannie zmagać się z pokusą by zniknąć na zawsze. Walczyć z ciekawością tego co po drugiej stronie.

niedziela, 12 września 2010

Kwestia trollingu i polityka jawności

Nieważne co mówią, byleby mówili.

Frankie i trolling? Czemu Frankie w ogóle zawraca sobie szczupły tyłeczek tematem, który nie powinien istnieć? Po części zainspirowana wpisem na blogu Ygi Kostrzewy i akcją - reakcją Walpurga. Po części zainspirowana grupą anonimowych czytelników, którzy są niezmordowani w działaniach mających na celu podniesienie mi ciśnienia. Co najważniejsze, zasmucona decyzją ulubionej Kaliny (w zestawie z Hanią i bliźniętami oczywiście) by wycofać się na razie z „życia online”. Z Kaliną często podnosiłyśmy ten temat, czy to w komentach na starym blogu, czy to na facebooku, czy to w prywatnej korespondencji. Czy wojna reader vs bloger może mieć miejsce? Czy trolling należy ujawniać czy tępić za pomocą drastycznych metod typu „erase&forget” (moja ulubiona metoda)? Czy gdy korzystasz z wspaniałego narzędzia blogspota służącego do moderowania komentarzy, obniżasz poziom stresu, tępisz trolla za pomocą wycinania językowej nienawiści u samych podstaw czy może to najlepsza droga do cenzury? Ile blogerek tyle postaw.

środa, 8 września 2010

Dialogi międzyzwiązkowe

Stoję na balkonie zlizując resztkę dżemu truskawkowego z palca wskazującego. Wiatr od strony rzeki jest dotkliwie przejmujący. Zimny i wilgotny. To co sprawiało mi taką radość, to lekkie, londyńskie zwilgocenie zmieniło się w karykaturalny listopad, który możliwe będzie trwał trzy najbliższe miesiące. Do pierwszego śniegu. Chmury układające się nad pomarańczową łuną zachodzącego słońca przecinają przemysłowe dźwigi, wysokie chude ramiona wznoszące się nad bryłą, która już wkrótce skutecznie domknie moją przestrzeń. Jestem nieprzyzwyczajona do tych czerwonych światełek groźnie pobłyskujących każdej nocy. Coś miejskiego, coś co rośnie do monstrualnych rozmiarów wkrada się w spokój moich drzew, w radosne pochlupywanie spienionej rzeki, która znów jest obfita, która znów występuje z brzegów, na spacerach liżąc łapki buldożki. Miasto zbliża się do domu nad rzeką. Rzeki jest co raz więcej.

sobota, 4 września 2010

Vanilla girl

Życie singla to nieustające wakacje. Would you give up on this? Monogamia, poligamia, orientacja seksualna. Pozbyłam się tego jak pozbywa się niepotrzebnego balastu. Nurkuję w najgłębszą z wód by odnaleźć samą siebie. Niespokojne fale pozostają gdzieś daleko w górze, na powierzchni, gdzie kiedyś przyszło żyć wątłym życiem.

Nie poddam się śmierci ani jesiennej melancholii. Lato nie umrze w tym roku. Pośród śniegu będę na bosaka świętować kolejny dzień wakacji. Zbyt wiele czasu spędziłam zagrzebana po ziemią. Zbyt długo szlochałam w żałobie. Nic mnie to nie obchodzi. Zmiany pór roku, chłód, deszcz, parasolki i przeciągi. Kozaki, futerka, płaszcze, błoto i komunikacja miejska, zaśnieżone przystanki. Rajstopy. Grube rajstopy. Grube majtki. Skarpety… nawet nie skarpetki, a skarpety. Oh… I don’t mind, I don’t give a fuck! Zawsze może się przydarzyć słońce, zawsze może przydarzyć się gorący dreszcz.

sobota, 28 sierpnia 2010

Ponytail

Siedzimy wygodnie na czarnych sofach. Same dziewczęta. Na białym stoliczku podświetlanym od spodu przeróżne szklanki i kieliszki. Wybieram swoją, pękatą i niską. Upijam łyk jamesona. Biorę do ust kostkę lodu i rozgryzam ją. Lubię jak zimne okruszki łaskoczą język. Lubię ten agresywny, bezlitosny dźwięk łamanego lodu pod zębami.
-    A co z sexem? – pyta blondynka o krwiście czerwonych ustach – Jak singielki mają sobie radzić z sexem?
-    Sex? – odpowiadam z namysłem, jakby pytanie było skierowane do mnie -  Sex nie stanowi żadnego problemu. Sex jest łatwy. Prosty do odnalezienia. Wystarczy, że wezmę do ręki telefon, zajrzę do skrzynki mailowej, dokładnie się rozejrzę. – zaciągam się papierosem. Dziewczyny patrzą na mnie z odrazą, z niechęcią. – Nie. Nie przechwalam się. To nie dotyczy tylko mnie. Dotyczy to też was, każdego na tej sali. Sex jest zawsze na wyciągnięcie ręki. Sex jest najprostszy do zdobycia.
Dziewczyny kiwają głowami. Przez chwilę nad stolikiem wisi gęsta cisza pełna papierosowego dymu w czterech różnych gatunkach. Potem dziewczyny zaczynają rozmawiać między sobą.

piątek, 27 sierpnia 2010

Skąd się wzięła Katarzyna Frank?

W odpowiedzi na pytanie zadawane z zadziwiającą regularnością (ustnie, pisemnie, wirtualnie bądź w aksamitnych ciemnościach sypialni). Skąd się wzięła Katarzyna Frank?

Frankie. Franek albo Franka.
Katarzyna. Zawsze Katarzyna, czasem Kate. Nigdy Kasia ani Kaśka.
I'll tell her that people must earn the right to use her nickname, that forced intimacy is an ugly thing. (Nicole Blackman)


poniedziałek, 23 sierpnia 2010

OSTATNIE SŁOWO Sylvia Plath

OSTATNIE SŁOWO
Sylvia Plath
(tłm. Katarzyna Frank)

Nie chcę zwykłego pudła, chcę sarkofagu
O tygrysich wzorach, i z twarzą na wierzchu
Okrągłą niczym księżyc, by wciąż zerkać.
Będę się im przyglądać gdy nadejdą
Grzebiąc pomiędzy niemymi minerałami, pomiędzy korzeniami.
Już potrafię ich zobaczyć – białe twarze, odległe niczym gwiazdy.
Teraz są jeszcze niczym, nie są nawet dziećmi.
Wyobrażam ich sobie bez ojców czy matek, jak pierwszych bogów.
Będą się zastanawiać czy byłam istotna.
Powinnam słodzić i konserwować moje dni jak owoce w przetworach.
Moje lusterko zachodzi mgłą -
Jeszcze parę oddechów i nie będzie żadnego odbicia.
Kwiaty i twarze zbielałe aż do prześcieradła.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Dyskusja wizerunkowa

Przyznaję, śledzę na bieżąco Trzyczęściowy Garnitur. Z takim chorym zainteresowaniem, z jakim rozwiązuje się quiz w cosmopolitan. Jestem czy nie jestem? Jak daleko odbiegłam od środowiska, czy kiedy i w jakich paroksyzmach przybliżam się do niego.
Wiem, jeden blog nie reprezentuje całości, a jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale trudno jest znaleźć drugi blog pisany przez niehetero, na tyle wyczerpujący, że taki laik jak ja może dowiedzieć się czegoś nowego. Na przykład tego, że nie zdaje sobie na co dzień sprawy jak wielkim jest ignorantem czy (w wersji soft) laikiem.

sobota, 21 sierpnia 2010

ANDROSFINX Boska Woda

Część czwarta i ostatnia
Boska Woda

Na pałacowym dziedzińcu jest zadziwiająco chłodno, nawet o poranku, który jest niezwykle krótki i szybko rośnie w toksyczny upał. Poprawiam czarną szatę, która jest cała w strzępach. Faraon podarł ją na mnie tygrysimi kłami, rwał ją w pośpiechu. Z ciekawością zerkam między swoje nogi, szukając śladów. Chcę wiedzieć jak wygląda sperma bóstwa.

piątek, 20 sierpnia 2010

Czytając o Dziewczynie Smoku, mieszkając z Kasią Pe

" Tak naprawdę nie wiem kiedy zrozumiałam. Myślę, że prawdę o niej znałam od samego początku. (...) Dlatego kiedy zadałam jej fundamentalne pytanie, które musiała słyszeć tysiące razy, kiedy zostało wypowiedziane, nagle wszystko wydało się niepotrzebnie skomplikowane. Prawda była prosta.
– Kim jesteś? -  "

fragment opowiadania "Dziewczyna Smok" 

Praca nad Książką jest przygodą życia. Wszystkie motywy, wszystkie marzenia, każdy niedokończony tekst, znajdą swoje miejsce na jej kartach. Każda porzucona bohaterka zostaje wskrzeszona. Wszystkie zapomniane drogi zbiegną się.

czwartek, 19 sierpnia 2010

MY Nicole Blackman

MY
Nicole Blackman
(tłm. Katarzyna Frank)

Jest nas naprawdę sporo, tutaj, w Nowym Jorku, no wiesz.
To my kładziemy się wcześnie, z błotnymi maseczkami na twarzy
I tuzinami nieużywanych świeczek rozstawionych po pokoju.


środa, 18 sierpnia 2010

CÓRKA Nicole Blackman

CÓRKA
Nicole Blackman
(tłm. Katarzyna Frank)

Pewnego dnia powiję maleńką córeczkę
i kiedy się urodzi, będzie krzyczeć, a ja postaram się by nigdy nie przestała.

Będę ją całować zanim położy się do łóżka
i będę opowiadać bajki tak by wiedziała jak to jest i jak być musi, by mogła przetrwać.


sobota, 14 sierpnia 2010

ANDROSFINX Sypialnia bóstwa

Część trzecia
Sypialnia bóstwa

[…]
Rudy paź wlecze za sobą syrenę, o włosach w kolorze tęczy i oczach zasnutych śmiertelną mgłą, jak szmaragdowe paciorki. Chcę ją złożyć Faraonowi w darze. Mogę go nauczyć jak ją zjeść, jak ją wypatroszyć, od której strony rozpocząć zrywanie łusek. W zamian liczyłam na sfinksa. Jedno z tych wspaniałych stworzeń, któremu mogłam połamać skrzydła, wyrwać pióra, wyrwać ogon. Faraon mógł mnie nauczyć jak je ujeżdżać, jak pofrunąć na miękkim grzbiecie wbijając mocno palce w splątaną grzywę. Chciałam poznać zapach sfinksa, zapach sierści rozpalonej blaskiem nieznanych słońc. Chciałam nauczyć się jak odnajdować wśród złotego piasku gniazda pełne wijących się pareczników. Chciałam zapolować na jedno z tych nagich dziewcząt o głowie kota, które po zmroku gromadzą się nad wyschniętym wodopojem.

piątek, 13 sierpnia 2010

Kolejny ślub

śniło mi się;

wanna wypełniona zimną, spienioną wodą. Wyciągam z niej złoty korek, mówiąc "zaraz nastawię Ci ciepłą, tylko musisz z niej wyjść".
różowo fioletowe światło, złote na brzegach, które marszczą się niczym papierek po cukierku, po czekoladce
bukiety białych i czerwonych róż, towarowy wagon pociągu wypełniony białymi i czerwonymi goździkami, kwiaty ułożone w flagę narodową
mnóstwo róż, w wielkich wazonach, na gzymsach, parapetach, na kominku, w załomach ścian, płatki rozsypane na podłodze zbitej z białych desek
Japończyk u szczytu schodów
moja mama ścieląca wielkie łóżko, nie ma czasu się ze mną przywitać
nieznajomy mężczyzna w garniturze i z zielonym, wojskowym plecakiem (nosiło się takie w podstawówce i ogólniaku, z obowiązkową naszywką "nirvana". Nienawidziłam ich). Śnieżnobiałe mankiety i sztywny, wykrochmalony kołnierzyk. Jestem jego żoną. Jego wygląd i wiek zmieniają się podczas snu kilkukrotnie, tylko twarz pozostaje wciąż taka sama. Mówię do niego "pocałujesz mnie wreszcie czy nie?" i wszystko rozpada się na miliony złotych okruchów.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Serio, serio, serio (3)

Zbyt dobrze zdaję sobie sprawę z mechanizmów jakie stoją za Książką. Naczytałam się zbyt dużo fachowej literatury, zbyt wiele współczesnej krytyki feministycznej. Potrafię sama rozebrać na części pierwsze całą logikę Książki, wskazać co skąd, co za czym i jak to o mnie świadczy. Przewiduję reakcje. Czasem przeraża mnie to, czasem złości. Ale najczęściej mam to w dupie. Z przekornym chichotem, z rechotem czarownicy wiążę kolorową kokardę na gordyjskim suple. Kokarda nie pomoże rozwiązać zagadki, ale chociaż będzie ładniej.

niedziela, 8 sierpnia 2010

Serio, serio, serio (2)

Zawsze uważałam, że jeśli kiedykolwiek zasłużę na miano „twórcy” (bo o „artyście” to nawet nie śmiem marzyć), jeśli kiedykolwiek spłodzę wreszcie coś w większym formacie, będzie to twórca czy twór popkulturowy. Może nie mainstreamowy, ale na pewno rozrywkowy.


sobota, 7 sierpnia 2010

ANDROSFINX Faraon

Część druga
Faraon

Faraon nie urodził się taki jaki powinien urodzić się Faraon. Nie urodził się tak jak powinno przyjść na świat bóstwo. Wydobyty przemocą z brzucha matki. Wątły i mały. Pozbawiony boskich przymiotów. Delikatny i kruchy. Zupełnie nieprzydatny.

[…]
Czekano na pierwsze decyzje jakie podejmie Faraon. Faraon rozparty na tronie, niczym syty kot, nie podejmował żadnych decyzji. Jedynie przemawiał w niezrozumiałym języku i rzucał powłóczyste spojrzenia spod gęstych rzęs. To nic, że potrafił nakłonić do swojej woli jednym skinieniem palca. Jego wola ograniczała się do jednego. Do procesji ciał przetaczających się przez jego łoże. Faraona interesował jedynie płacz kochanek i kochanków, którzy spali na progu królewskich komnat. Faraona, ozdobionego uśmiechem, w którym delikatnie stulał usta, nie obchodziło nic poza pocałunkami i śladami po pocałunkach.

piątek, 6 sierpnia 2010

Serio, serio, serio (1)

Obsrałam się dziś na popkulturowo. Odbijam się sama sobie głośną czkawką.

Od kiedy ślęczę na Książką, słowa ulewają mi się z ust i wyskakują spod palców niczym iskry. Mam otarte opuszki palców. Po kilku godzinach pisania mrowią. Gdy budzę się, mogę przysiąc, mam zakwasy w nadgarstkach. Z drugiej strony piszę w różnych dziwnych, niezdrowych pozycjach. W pokoju, który był kiedyś małżeńską sypialnią, piszę siedząc po turecku na rozwalonej, starej kanapie, którą nazywam Swoim Biurkiem, mimo że moje biurko stoi w salonie. Czasem piszę trzymając laptopa nad głową.

środa, 4 sierpnia 2010

Rocznice, których już nie obchodzisz

To miał być bardzo mądry post. Planowany przez cały trzeciego sierpnia. Przemyślany i spójny. Szczery i prawdziwy. Teraz gdy siedzę przed klawiaturą, a północ już dawno minęła, zapominam nagle  o tych wszystkich mądrych rzeczach, które chciałam napisać.

Tyle rzeczy się zmieniło. Jestem w kluczowym momencie. Znajduję się nad krawędzią przepaści. Nie odczuwam lęku. Ciekawie zerkam w dół. Na szczycie mojego świata wieje mocny wiatr, jest zimno. Żaden kierunek nie jest odpowiedni. Krok w przód zakończy się lotem w ciemną niewiadomą. Nic nie jest pewne. Nawet to, że roztrzaskam się, że uda mi się sięgnąć dna. Nie chcę cofać się w tył, nie chcę oglądać się za siebie. Unieść się do góry? Nie potrafię. Rozłamać przestrzeń, pokruszyć ją na małe kawałki i odkryć całkiem nowy kierunek. Nie mam odpowiedniej wiedzy. Nie mam odwagi.

niedziela, 1 sierpnia 2010

Cytat biseksualny

„Kiedy jestem z mężczyzną, odczuwam magię różnicy pomiędzy naszymi płciami. Wiem, że on nigdy w pełni mnie nie zrozumie. I czasami tego chcę. Lecz kiedy jestem z kobietą, czuję między nami podobieństwo w wielu podstawowych sprawach. Znajduję się wtedy w sytuacji komfortowej, gdyż jestem do końca zrozumiana. Zarazem jednak ta bezgraniczna uczciwość sprawia, że czuję się wtedy szczególnie bezbronna.”

całość tekstu;
http://www.homoseksualizm.org.pl/index.php/lesbijki/

sobota, 31 lipca 2010

ANDROSFINX Czarne mięso

To są dobre dni. To są płodne dni. Nowe teksty sypią się pod sklepieniem mojej głowy jak delikatny, różowy śnieżek. Śnieżek, którym można się najeść.

Prezentuję wam fragmenty obszernego opowiadania "Androsfinx", które powstało na marginesie prac nad książką. Cztery części (poprzedzone prologiem opublikowanym wcześniej) będą ukazywać się co tydzień. Dobrze jest oderwać się czasem od właściwej pracy i podryfować w nieznanym kierunku, gdzieś na pogranicze fantasy i modernistycznych bajek dla dorosłych. Kolejna, po "Dziewczyna i Syrena" baśń, co przedziwne, inspirowana snem, który rzeczywiście wyśniłam, pewnej upalnej, niespokojnej nocy. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zapoznać was z całością tekstów. 

czwartek, 29 lipca 2010

In love...

Kasia opiera czarną główkę na szczupłym, muskularnym ramieniu. Przymyka oczy, wdychając kwiatowy zapach złotych loków, które łaskoczą ją w nos. Migdałowy aromat przypudrowanego, gładkiego policzka jest jak najtkliwsza pieszczota. Kręci się w głowie, a czułość zalewa wibrującą falą, roziskrzoną i pachnącą jaśminem, niczym obietnica, którą składa się tylko raz w życiu…

niedziela, 25 lipca 2010

ANDROSFINX prolog

ANDROSFINX. PROLOG

Cała ta historia z obmywaniem twarzy. What a cliché. Ostatnio życie przypomina serię kalek. Filmowych, prześwietlonych klatek z filmu, który już widziałam, ale nie mogę sobie przypomnieć ani gdzie, ani kiedy.

Łazienka jest wyłożona czerwonymi kafelkami. W brudnym, pękniętym lustrze moja twarz rozłamuje się na dwa. Podoba mi się ta blizna, przemieszczenie. Przesuwam odrapanym, czarnym paznokciem z jednej strony miękkich warg na drugą. Zanurzam palec w ustach. Gdzieś po środku palec znika w rozstępującym się szkle. Napuściłam pełną umywalkę wody. Chciałabym dopełnić ją wiaderkiem lodu. Patrzę na fugi wypełnione pleśnią, na poszarpaną rolkę papieru toaletowego, stojącego koło muszli, nasiąkającego na brudno żółto. Potem nachylam się, zginam w pół. Zanurzam twarz w lodowatej wodzie. Przytrzymuję się porcelanowych brzegów. Postukuję paznokciami w rytm zaniepokojonego serca. Próbuję wytrzymać dłużej, niż starczy mi oddechu. Jeszcze dłużej.

Przypomina mi się niezwykle barokowy sen, który śniłam porzucona na kanapie, przykryta służbową marynarką.

Wyśnić go jeszcze raz, uwięziona pod taflą lodu.

Sen, w którym grozi Ci realne niebezpieczeństwo.

sobota, 17 lipca 2010

Czwartek gdy złamałam sobie serce


Zaczęłam biegać. Z nudów. Dwa treningi dziennie organizują mi skutecznie czas. To co się dzieje z moim ciałem przeraża mnie. Szeroko zakrojony sabotaż lub gwałtowne protesty. Po tygodniu protesty mijają. I rzeczywiście widoczne jest jak wkraczam w pierwszą fazę gubienia wszelakich nadmiarów. Najpierw płyny, które wyparowują i znikają jako pierwsze.

Ból egzystencjalny, ból istnienia. Od czwartku nie śpię, nie jem. Wypłakuję oczy po kątach. Moje serce znów zostało złamane. I to własnoręcznie. Samodzielnie, do spółki z moją chorą wyobraźnią.

Prace nad książką trwają, ale wciąż tracę wiarę w siebie. Mam trzy odrębne projekty wydawnicze, ale czasem wydaje mi się, że nie uda mi się żadnego z nich ukończyć. Chwilami wydaje mi się, że nie mam dostatecznie wielkich jaj by opisać to co rzeczywiście chodzi mi po głowie, to co mnie interesuje najbardziej. Zawsze najbardziej interesuje mnie to co najbardziej ekstremalne. Napisać to jedno, to mogę zrobić dla własnej przyjemności. Ale wziąć potem za to odpowiedzialność i powiedzieć „tak, tak to moja rzeczywistość, w której konfiguracje pornograficzne i promiskuityzm to podstawy kształtowania się erotycznej osobowości. Wszakże wędrówka głównej bohaterki to poszukiwanie prawdziwej miłości…”.

Co raz częściej zastanawiam się nad ucieczką stąd. Rzygam tym miastem. Cały czas spotykam jakiś ludzi, którzy mnie znają lub znali lub chcieli by znać. Warszawa jest zdecydowanie za mała by pomieścić takiego kosmitę
jak ja. Zakładam, że jak do końca roku nie wydam, prysnę. Na Plutona. Serio, serio.

Opowiedzieć wam o czwartku? O czwartku gdy złamałam sobie serce? Więc w czwartek u Cioci Franki impreza z okazji rozpoczęcia EuroPride. Baloniki, serpentyny i drag przebrania. Boa obowiązkowe. Campowy seans filmowy do tego. Wybuchające wino musujące w zamrażalniku. Nikt niestety Franki nie ostrzegł, że pewnych rzeczy, pewnych póz, pewnych ludzi nie wolno jej oglądać. Po wypiciu samodzielnie litrowej butelki czarnych bąbelków i jednego żywca, Franka oświadcza, że idziemy na miasto. Franka musi natychmiast złamane serce leczyć za pomocą tłumu nieznajomych kobiet, które uwiedzie i porzuci natychmiast. Jak Franka zapowiedziała, tak też się stało. Amanda i Jen, Jen i Amanda na przemian. Franka na pewno pozwoliła zakosztować szanownym gościom na EuroPride sławetnej słowiańskiej gościnności, jak i sprawności językowej w zakresie brytyjskiego akcentu i nie tylko. Potem kolejna grupa, w innym klubie, przy innym stoliku. Sami mężczyźni. Snuję swoją pijacką opowieść o poszukiwaniu Wielkiej Miłości, pełną gwiezdnego pyłu i delikatnych pocałunków, strojąc przy tym głupie miny. Brytyjczycy są tak zafascynowani moją historią, że chcą mi oddać swoje bilety powrotne do Londynu, bowiem tam, właśnie tam jest mi pisane miłość odnaleźć. Przez chwilę rozważam tą propozycję, gotowa spakować się już, zaraz, teraz. Potem przypominam sobie, że tego wieczora zmieszałam bąbelki, piwo, whiskey i gin z tonikiem. Na dworze świta. Jakiś Gorgio proponuje, że odwiezie mnie do domu. Wymykam się z latynoskich objęć i …. Spotykam w okolicach Mostu Świętokrzyskiego dresiarza, z którym chodziłam do podstawówki. Jest na motorze. Jeździmy po Warszawie do szóstej rano. Udaje mi się nie obrzygać ani motoru ani kasku. Rano wstaję z kacem mordercą i dochodzę do wniosku, że jestem kosmitą. Żaden człowiek, żaden normalny człowiek nie ma takiego talentu do pakowania się w erotyczne kłopoty co ja. Nie mogę być ziemianką. Jestem kosmitką. Serio, serio. Delikatnie unoszę nocną koszulkę z różowej koronki i dotykam lewej piersi. Wyczuwam puls. Wyczuwam całą swoją samotność. Tak. Ewidentnie złamałaś sobie serce, słoneczko….

środa, 14 lipca 2010

Nowy gatunek

EuroPride przyciąga do Warszawy przeróżne indywidua. Duchy, demony i mnóstwo świecidełek. I tak to w pewien wieczór, który nie niósł ulgi od upalnego powietrza, w drzwiach mojego mieszkania pojawił się Krystian. Zgodziłam się go przenocować. Po jednym dniu moje obowiązki miała przejąć jakaś zakochana heteryczka. Rzucił swoją walizkę od LV (made in singapore) na kanapę i potrząsnął głową.
- Nic się tu nie zmieniło. No może kurzu przybyło…
- Nic się nie zmieniłeś. No może z wyjątkiem brzucha…

niedziela, 11 lipca 2010

Bezimienna muza

Co się dzieje z muzami gdy odchodzą?

Czy każdemu z nas przypisana jest tylko jedna, morficzna muza? Zmieniający kształty stwór, który siedzi na naszym ramieniu, niczym anioł stróż.

Czy może jest ich wiele? Nieustający pochód zwiewnych postaci, które w swojej wędrówce wypoczywają w blasku Twojego głodnego wzroku.

czwartek, 24 czerwca 2010

Fragmenty książek, które nigdy nie powstaną

(...)
Lubię fantazjować na temat jak to wszystko się zaczęło. Wymyślać od nowa moment, o którym tak naprawdę nic nie wiem. Lawina wydarzeń, która zmiotła mnie z powierzchni ziemi musiała mieć gdzieś swój początek. Gdzieś poza mną. Może jadłam wtedy kanapkę albo rozplątywałam włosy. Może spałam albo śniłam na jawie. Może byłam w innej strefie czasowej. Może szłam ulicą o tej dziwnej godzinie, którą zwą velvet hour, na przeskoku nocy i dnia, gdy nie jest ani ciemno ani jasno.

niedziela, 20 czerwca 2010

Miejska baśń o Katarzynie Frank

One fluid gesture, like stepping back in time. Trapped in amber, petrified. I'm still not satisfied
(Placebo)

Smutek jak długa, czarna suknia. Bez miękkości, o ostrych brzegach. Latexowa, z pvc, bezlitośnie przylegająca, bezlitośnie połyskliwa. Nieustannie wilgotna. Wilgotna w kroku i na pośladkach. Wilgotna u wysokiego, rozłożystego kołnierza. Od łez. Od serca. Od nadziei, którą rozpoznasz po tym, że kwitnie między nogami.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Upalne dni

Najpierw otwieram jedno oko. Powieka odkleja się z trudem. W sypialni jest duszno. Okna mam od wschodniej strony, więc żaluzje trzeszczą niczym chrupki. Jestem okryta gdzieniegdzie prześcieradłem, które lepi się niczym plaster. Nie ma czym oddychać. Buldożka leży na progu sypialni dysząc ciężko.  Każdy wypalony papieros czy łyk alkoholu z przeciągu ostatniego tygodnia daje o sobie znać, gdy reszta wody wyparowuje ze mnie w drodze do łazienki. Napuszczam lodowatej wody do wanny, żeby chociaż opłukać się zanim razem z buldożką wytoczę się na skwar. Jest sobotni poranek. Przede mną weekend pełen stukających obcasów i randek, pełen marlboros w softcie i walczenia o stolik w szpilce. Weekend pełen komunikacji miejskiej i taniego wina musującego w oszronionych kieliszkach od szampana. Łapię za telefon, czytam sms od Taty; „Pozdrowienia z Istambułu. Podobało by Ci się tutaj. 17 mln ludzi, 50 meczetów i żadnych starych samochodów. Właśnie idę na zakupy.” Shit~!

sobota, 15 maja 2010

Mechanizmy uwiedzenia

Drugi z obiecanych szkiców.

Wszystkie sny. Z każdym z nich zbliżasz się bliżej do końca. Co raz bliżej do spełnienia.

-        Czy to Cię onieśmiela? –
Rozglądam się po wielkim mieszkaniu. Zmalałam o kilka centymetrów. Ambicja zbiegła do pięt i rozpłynęła się pod naciskiem wysokich obcasów. Każda kropla, która płynie mi po udach, skleja pończochy, jest jak pensjonarska łza. Wielki kominek. Majestatyczna skóra włoskich kanap. Paskudny modernizm na ścianach i ciężkie ramy dobrane pod kolor tapet. Hol i kandelabry. Podjazd i taras. Basen i garaż. Osobna sypialnia dla żony, osobna by bzykać naiwniaczki.
-        Czy to Cię onieśmiela? –
W ręku trzymam szklankę z grubego szkła. Kostki lodu i mocny, przezroczysty płyn. Kostki stukają o ścianki. Moja ręka drży i nie mam odwagi podnieść jej do ust. Czuję Twoją dłoń na pośladkach. Jest zdecydowana. Nie napotyka oporu.
-        Czy to Cię onieśmiela?
-        Ani trochę. – odpowiadam – Nie chcę być uwiedziona. Chcę się zaspokoić. Cała, razem z wyobraźnią. Chcę na dobre zbadać swoje apetyty.

niedziela, 9 maja 2010

Rękawiczka mojego ojca i koszula Twojego męża

Jak to się stało, że pozwoliłam Ci się pozostawić niezaspokojoną? Zrobiłam wszystko. W białej koszuli Twojego męża, na brzegu codziennego krzesła rozłożyłam szeroko nogi. Przesunęłam dłonią w skórzanej rękawiczce mojego ojca. Pieściłam się od pięty aż po kolano. Potem strzepnęłam włosami, wzniecając tumany kurzu z drewnianej podłogi. Odchyliłam się mocno, aż stęknęło krzesło, zatrzeszczało w posadach. Dłonie wbiłam w gładkie uda i pozwoliłam powoli rozwinąć się pięściom. Pokazałam Ci wszystko. Pośliniłam palec, nawet dwa. Rozchyliłam się, obnażyłam. Pozwoliłam sobie zwilgotnieć na przekór całemu światu. Cała moja pornografia rozłożona przed Tobą. Stałaś w progu, opierając się o framugę i zasłaniając światło. Gdy zanurzyłam w sobie palec, starałam się nie zmieniać wyrazu twarzy i dalej twardo patrzeć Ci prosto w oczy. Ale nagle przeszedł przeze mnie prąd, iskrząca fala i trochę zmiękły mi kolana, odwaga przypaliła się na różowych brzegach. Przymknęłam powieki i westchnęłam. Zadrżała naprężona nitka, łącząca moją cipkę z sercem i znów nic nie było proste. Otworzyłam oczy. Nie było Cię.

poniedziałek, 29 marca 2010

Jet black

Gdy wracam do domu jest około południa. Niedzielne, spowolnione miasto, wciąż wytłumione śniegiem.Specjalnie wybieram tramwaj. Nadrabiam drogi. Opieram czoło o zimną szybę. W migotaniu ulic, w ostrym słońcu, w szarym świetle studzę kaca. Mam ochotę wsadzić głowę w zaspę, rwać zębami śnieg. Jest świeży i chrupiący. Jak dobrze zblendowana margeritha pozbawiona smaku. Jak sorbet z przezroczystych owoców. Jak lody o smaku gazowanej wody mineralnej.

wtorek, 23 marca 2010

Black stilettos

Siedzę na twardym krześle pochylając się nad kalendarzem i przygryzając końcówkę długopisu. Zastanawia mnie czy zawsze muszę odgrywać przeznaczoną mi rolę. Czy potrafię się wyzwolić z tego czego oczekuje się ode mnie. Jaka jestem? Uległa? Dominująca? Czy zawsze muszę przejmować inicjatywę? Czy wyobrażasz sobie mnie na wysokich, czarnych szpilkach?

sobota, 6 marca 2010

Jak pieprzona Kasia Pepper

Jestem wykończona tym tygodniem. Zmiana pracy. Urodziny. Sms od kobiety, którą wciąż kochasz, a która życzy Ci znalezienia nowej miłości. Spotkania. Alkohol. Melancholia i sentymenty. Nowa torba, o której marzyłam, trzymając jej zdjęcie na ekranie służbowego komputera. Dwie siaty wsiowych, fioletowych prezentów, które uwielbiam. Ciastka, frytki i mięso. Zima, która nie może się skończyć.  Rozgniatanie lodu czubkiem buta, by usłyszeć to chrupanie, które przypomina o lecie, margeritach, o rozgryzaniu kruszonego lodu w ulubionym mojito w ulubionym barze nad ulubionym wybrzeżem. Nadzieja, która miesza się z rezygnacją. Łzy i złośliwy chichot na przemian. Stres i nadpobudliwe reakcje.

niedziela, 28 lutego 2010

Festiwal świateł

Przez trzy dni śnił mi się mój własny ślub.
Z trzema różnymi osobami. Żadnej z nich nie znam. Nigdy wcześniej nie widziałam.
Trzy różne śluby. Trzy różne płcie.