czwartek, 25 września 2014

Nie jestem singielką

Podobno ludzie, którzy nie są w związku dzielą się na singli i na samotnych. Na poszukujących i na tych, którzy siedzą z założonymi rękami i czekają na cud. Stare panny dzięki aktywnemu puszczalstwu wywalczyły sobie wyzwoloną etykietkę singielki, a kawalerowie korzystają ze wszystkiego co było do tej pory zarezerwowane dla facetów, którzy mieli jaja by podjąć zobowiązania. Status związkowy stał się nowa tożsamością. Każdy chce mieć ciastko i zjeść ciastko. Bycie singlem to zajęcie dwadzieścia cztery na siedem non stop kolor. Pochłania siły fizyczne, niszczy zdrowie emocjonalne i pożera pieniądze. Zanim się obejrzysz starasz się za bardzo i stajesz się zdesperowanym cielątkiem. Twój deficyt bliskości zastępuje wszystkie cechy osobnicze. Stajesz się nie dość dobra, zbyt wymagająca, o za niskich i za wysokich oczekiwaniach jednocześnie, o zbyt dużych ambicjach jak na emocjonalna wycieraczkę. Twoim udziałem stają się kompleksy, które wyśmiewałaś jak egzotyczne choroby weneryczne. Zaczynasz mieć problemy, o których pisałaś do tej pory na blogu, bezczelnie drąc łacha z samotnych desperatek, wytykając dziury w myśleniu i potępiając gonitwę za prosamczymi idiotyzmami. Zanim zaczęłaś randkować byłaś wyzwolona, zaspokojona, zadowolona z samej siebie i ze swojego świata, który konstruowałaś z takim trudem, nie poddając się wszechobecnemu imperatywowi braku. Natomiast od kiedy zaczęłaś identyfikować się jako praktykująca singielka... Teraz zaczynasz się zastanawiać. Czy może jednak nie musisz dochodzić za każdym razem gdy uprawiasz seks? Czy może powinnaś zacząć golić bobra? Czy powinnaś czasem zejść o szczebel niżej na intelektualnej drabinie i przynajmniej zanim nie zrobisz mu laski, nie straszyć go jaka wyemancypowana, oczytana, inteligentna i charyzmatyczna jesteś. I może w ogóle nie przyznawać się że jesteś feministką, chcesz mieć męża i trójkę dzieci, kiedyś byłaś lesbijka, potem poliamorycznym biseksem, teraz jesteś nudnym monogamicznym heterykiem, a twoim największym marzeniem jest napisanie pornosa, który odmieni świat... Tak. Najlepiej Katarzyno w ogóle nie bądź sobą, wskocz w parę szpilek i dopraw sobie długi, blond warkocz.

Tak. To jest możliwe żeby zgłupieć tak naprawdę.

Otrzeźwienie przyszło gdy piłam sobie rano kawusie, w jednej ręce trzymając telefon (bo w każdej chwili ON może napisać/odpisać/zadzwonić, a tym razem to twoja kolej żeby nie reagować i wziąć go na wstrzymanie przez najbliższe sześć do ośmiu godzin i szczerze powiedziawszy nie możesz się doczekać kiedy szala the dating game przechyli się na twoją stronę) oraz kindla, do którego załadowałam trzy poradniki; "He is not that into you", "Be honest, you are not that into him either" oraz "What the hell is he thinking". W drugiej ręce ściskałam Guardiana, którego pochłaniałam zapominając o oddychaniu. W weekendowym wydaniu były dwa specjalne dodatki, jeden o Miłości i długoterminowych związkach (czyli jak im to się udało), a drugi o randkach w ciemno ze szczególnym naciskiem na te internetowe (czyli czemu mi to nie wychodzi). W lodówce stała nie dopita butelka pinot blush, resztka z wczorajszego wieczoru, który spędziłam w ogrodzie z dziewczynami, roztrząsając przez bite pięć godzin związki i rozwiązki, seks i nie seks, i czy myślisz, że on chce tylko ze mną sypiać, bo niby za pierwszym razem przytulaliśmy się i pełno było postkoitalnego flirtu, ale już za drugim razem zostawił mnie taka rozgrzaną i powiedział, ze musi iść siusiu, dosłownie piec sekund po tym jak doszedł. Na sznurku suszyły się specjalne majtki na wypadek gdyby zechciał mnie zobaczyć dziś wieczorem, a w pralce wirowała specjalna sukienka na wypadek gdyby zechciał mnie zobaczyć w weekend. Podniosłam leniwie wzrok znad gazety, żeby odczytać emaila. To mogła być wiadomość z jednej z dwóch platform internetowego randkowania, na których miałam wciąż aktywne profile z nieaktualnym zdjęciem. To jednak nie był potencjalny ojciec moich dzieci. To był mój wydawca. Sprawa była prosta. Zawaliłam już dwa deadline'y na dostarczenie pierwszej próbnej wersji Mojej Wielkiej Pornograficznej Powieści. Własnie miałam zawalić trzeci. Trzysta stron szkicu o moich londyńskich hulankach erotycznych gniło gdzieś w czeluściach obrosłego pajęczyną laptopa. Tekst nie miał polskich znaków, nie miał prawie żadnej interpunkcji i przypominał neurotyczny ciąg świadomości pisany z perspektywy kogoś, kto może się i dobrze bawi, ale zaczyna zatracać umiejętność posługiwania się ojczystym językiem na rzecz teas, cocks and mthrfckndickheads. To była zaledwie poszerzona wersja listy moich londyńskich podbojów, którą prowadziłam w telefonie, wciąż udoskonalając skomplikowany system gwiazdek. Wydawca ździebko się zdenerwował gdy odpowiedziałam, że generalnie tekst jest może i o parę przygód/rozdziałów dłuższy i pikantniejszy, ale stoi w tym samym miejscu co przed trzema miesiącami i ja rozumiem, ze chcą mnie wydać na święta bożego narodzenia, ale ja wciąż jeszcze ujeżdżam... tzn zbieram materiały.
- Katarzyno, a tak właściwie to czym się zajmujesz w Londynie? Co Cię tak całkowicie pochłania, że problemem staje się marne trzysta stron skondensowanego lipshita? Na pewno nie radosne puszczanie się na prawo i lewo. Wiem, bo to na pewno nie oderwałoby Cię od pisania. - padło pytanie.
Już miałam fuknąć z oburzenia. No jak to czym?
No właśnie.
Mój wydawca znał mnie z czasów gdy posługiwałam się językiem polskim o wiele lepiej niż teraz i nawet gdy nie zajmowałam się pisaniem to zajmowałam się pisaniem. I żadne genitalia nie mogły mnie oderwać od opisywania, przekształcania i analizowania seksualności własnej bądź cudzej. A teraz? Gdybym mogła chociaż powiedzieć, że zajmowałam się poszukiwaniem bądź nabieraniem doświadczeń. Gdybym mogła chociaż powiedzieć, że zajmowałam się przeżywaniem z zamiarem opisania. Gówno prawda. Zajmowałam się randkowaniem. Traciłam cały wolny czas i wszystkie zasoby finansowo energetyczne, rozmiękczałam intelekt i rozwadniałam doświadczenie, tylko po to by stać się pełno etatową singielką.

Randkować zaczęłam we wrześniu zeszłego roku. Po burzliwych miesiącach zapuszczania korzeni w Londynie doszłam do poziomu jakiej takiej stabilizacji. Czytaj zaczęło mi być wygodnie. Czytaj zaczęło mi się nudzić. Zarabiałam dostatecznie dużo pieniędzy by móc je wydawać. Miałam przytulny kąt z dwuosobowym łóżkiem, którym mogłabym się podzielić. To był naturalny, następny krok. Po niezobowiązujących romansach, dzięki którym poznałam podstawowe zasady The Dating Game, przyszedł czas by poznać kogoś miłego, kogoś z kim mogłabym regularnie jadać na mieście i uprawiać wspaniale nudny, związkowy seks. Kogoś komu bez stresu mogłabym pozwolić wylizywać godzinami cipkę i używać mojej szczoteczki do zębów. Zamysł i początkowa intencja były naprawdę proste. Potem wszystko się pokomplikowało. W dwadzieścia angielskich randek.

Poznałam naprawdę fascynujących ludzi, jak i totalnych idiotów. Smutne, że bez wsparcia internetu i jasno określonej seksualnej gotowości, pewnie by mi się to nie udało, jako że ludzie zamiast się podrywać, bawią się swoimi telefonami. Udało mi się zwiedzić v&a i tate modern po godzinach zamknięcia, w samym środku nocy, ślizgając się po marmurowych posadzkach i dotykając eksponatów. Znam tylne uliczki west endu i potrafię z zamkniętymi oczami poruszać się po knajpach east endu. Dostałam zaproszenie na festiwal do Edynburga, byłam na otwarciu Isabella Blow at Somerset House, gdzie bujałam się z przyjaciółmi McQueena i po pijaku jeździłam na łyżwach. Włamałam się do Raymond Revue Bar. Spałam w lofcie na Fritzovia i squocie na Brixton. Wiem wszystko na temat alternatywnych źródeł energii i alternatywnych programów edukacji początkowej. Umawiałam się z performerem, informatykiem, aktorem, pisarzem, dramatopisarzem, muzykiem klasycznym, nauczycielem, autorem przemówień ślubnych i studentem psychologii muzyki, który bada system językowy jakim posługują się delfiny. Zostałam zatrzymana za obrazę moralności na Soho i upiłam w polskim barze lesbijkę ukryta w męskim ciele. Zostałam pogryziona, porzucona i zanudzona na śmierć. Byłam w poliamorycznym trójkącie. Trzem osobom na dwadzieścia randek trzech płci, udało się doprowadzić mnie do orgazmu. W jednej osobie zakochałam się od pierwszego wejrzenia i do końca życia i na amen, ale po miesiącu wyjebanego w kosmos seksu, rzucił mnie. Kilka osób się we mnie zakochało, na zabój i na amen, ale bardzo szybko je rzuciłam.

I gdzieś w trakcie beztroska zabawa w randki zamieniła się w bycie pełnoetatową singielką. W czytanie znaków i rozpoznawanie podtekstów. Bycie uczciwym i otwartym, zmieniło się w lawirowanie pomiędzy niepisanymi zasadami the Dating Game, w komponowanie smsa przez dwie godziny i z użyciem koleżanki. Seks stał się narzędziem sprawowania kontroli i elementem przetargowym. Zniknęła spontaniczność, pojawiło się projektowanie fantazji i budowanie oczekiwań. Zniknęła nieskrępowana zabawa w puszczalstwo, pojawiła się kalkulacja, rachunki zysków i strat, plusy i minusy gromadzone po dwóch stronach kartki. Pojawiły się bezsenne noce, zarwane z powodu jednego krzywego spojrzenia. Pojawiło się knucie, planowanie i próby przewidzenia nieprzewidywalnych ludzkich zachowań. Pojawił się płacz, rozczarowanie, kłopoty z jedzeniem i oglądaniem się nago w lustrze. Po raz pierwszy w życiu nie byłam dość dobra. Po raz pierwszy wszystkim co robiłam rządził deficyt bliskości. Imperatyw nudy zmienił się w imperatyw braku.

Jeszcze w Warszawie, pamiętam, mechanizm był zupełnie inny. Nigdy nie narzekałam na brak towarzystwa. Zawsze pod ręka był jakiś seks, o który nie musiałam zabiegać. Dlaczego? Bo się nie starałam. Nie robiłam niczego celowo. Nie startowałam w wyścigu. I wasn't on the market. Nie konkurowałam z nikim, a już na pewno nie z pozostałymi singielkami. Nie miałam listy życzeń i nie wypatrywałam syndromów odrzucenia. Nigdy nie warowałam przy telefonie. Nigdy nie byłam za gruba czy za stara. W łóżku bezczelnie i bezwzględnie zabiegałam o zainteresowanie moją łechtaczka. Nigdy nie przepraszałam za to, że mam okres i zakrwawiłam komuś mieszkanie. Nie to było zawsze nie, nigdy może. I pisałam. Pisałam. Nawet gdy nie pisałam to pisałam. I zamiast od jednej randki do drugiej, żyłam od przygody do przygody, od jednego wpisu na bloga do następnego, od jednego rozdziału książki do następnego. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy żeby zastanawiać się co jest ze mną nie tak, mówić o sobie, że jestem nie dość. Singielka jest zawsze nie dość. Nie dość ładna, inteligentna, nie dość dobra w łóżku, nie dość obyta w towarzystwie, nie dość dobra na bycie trofeum, żoną, kumplem, kochanką. Singielce zawsze czegoś brakuje, zawsze jest miejsce na ulepszenia i nabycie kolejnych umiejętności, zawsze coś może być lepiej. Singielka jest zawsze sama, samotna. w wiecznym napięciu, w wiecznym przewidywaniu, w wiecznej zmianie. W wiecznym oczekiwaniu na rozpoczęcie prawdziwego, właściwego życia. Wszystko co działo się do tej pory to jedynie preludium, przygrywka, nic nie znaczące epizody, które trzeba przetrwać zanim rozpocznie się właściwe.

Oficjalnie przyznaję się do błędu. Przyznaję, że bycie singielką jest do dupy. Na szczęście można przestać. Po prostu. Powiedzieć dość opresyjnemu systemowi stereotypów, w który wplątałam się na własne życzenie. Wykasowałam profile randkowe, wykasowałam numery telefonów, zaczęłam zapuszczać włosy pod pachami. Przyznaję, bawiłam się na sto dwa i przez rok Dating The English dowiedziałam się o swojej emocjonalności i seksualności więcej niż przez cale życie. Nadszedł jednak czas by zwolnić miejsce w wyścigu. Wiem już, że presja jest ogromna, a tożsamość singielki jest produktem, który napędza cały rynek (czasopisma, poradniki, ciuchy, drinki, wosk, szpilki, szminki, wibratory, kursy erotyczne soft bondage w seks shopach i jednoosobowe dania do mikrofalówki w Sparksie). Jednak problemem jest nie konsumpcja, która przesłania prawdziwy cel randkowania. Problemem jest struktura działania, która przypomina uzależnienie. Uzależnienie od randkowej adrenaliny nakręca spirale stu pierwszych randek, stu pierwszych telefonów, stu pierwszych pocałunków i stu pierwszych razów. Nie uczysz się, tylko nabierasz co raz więcej apetytu. Jesteś w randkowym ciągu. I nawet jeśli ci nie wychodzi, raz po raz, to każda nowa przygoda jest na tyle ekscytująca, że przyćmiewa wszelkie niepowodzenia. Im bardziej ci nie wychodzi, tym bardziej w to brniesz, a im bardziej w to brniesz, tym bardziej ci nie wychodzi. I za każdym razem obiecujesz sobie, i za każdym razem zaklinasz, że następnym razem będziesz bardziej niedostępna, mądrzejsza, seksowniejsza, bardziej opanowana, bardziej otwarta, bardziej skupiona na znakach wróżbach chorągiewkach i symptomach. Że następnym razem nie dasz się. Że każesz za sobą gonić aż na koniec świata, że stłumisz własne popędy i że trzeba będzie na Ciebie zasłużyć. Że następnym razem gdy pójdziesz z nim do łóżka, to tylko gdy będziesz pewna. I że już wcale nie chcesz wychodzić za mąż i rodzić dzieci. I już wcale nie chcesz uprawiać przedmałżeńskiego seksu. Jedyne czego chcesz to wyjść z twarzą, ocaleć, nie stracić resztek godności w całej tej zabawie w bycie singielka. Zakończyć grę, gdy choć raz przewaga będzie po twojej stronie.





EPILOG

Więc skoro już tego nie robisz, skoro nie jesteś już singlem, to co tak naprawdę ci szkodzi. Ten jeden jedyny ostatni raz. Ostatni z ostatnich.
Wiec umawiasz się na jedną ostatnią randkę, z kimś kto ci się wcale nie podoba, z miłym facetem, którego normalnie zbyłabyś wzruszeniem ramion. Idziesz na tą randkę żeby trochę podbudować sobie ego. Mówisz koleżankom, że "on jest miły, ale jest zupełnie nie w moim typie, bo taki chudy, śmieszny i ogląda Grę o Tron i potyka się o własne nogi. I w ogóle to wygląda jak wiewiórka." A koleżanki mówią, że "miły to powinien być twój typ". I za każdym razem gdy idziesz na spotkanie, jesteś wyniosła i skwaszona, bo przecież nie chcesz tego robić. Nie strzyżesz bobra ani nie zakładasz fikuśnej bielizny. A potem gdy on się pojawia, uśmiechasz się od ucha do ucha, bo on cię strasznie bawi, dokarmia twoje wewnętrzne dziecko i przywołuje atmosferę domu, poczucie bezpieczeństwa. I potem całuje cię pod London Bridge i nie możesz oddychać, bo to jest taki pocałunek jak na filmach. I potem czekacie miesiąc żeby pójść do łózka i za pierwszym razem jest dziwnie, a za drugim dochodzisz tak, że nie wiesz jak się nazywasz. I przyglądasz się temu śmiesznemu, zwyczajnemu chłopakowi, który ładnie pachnie i jest miękki i który wcale ci się nie podoba, ale przy którym zaczynasz trochę tracić głowę, i po którym nigdy przenigdy nie spodziewałaś się że jest aż tak dobry w łóżku. I zastanawiasz się nad tymi wszystkim spektakularnymi dziewczynami, których faceci to totalne przeciętniaczki i jak nikt nie wie dlaczego oni są razem i może własnie tobie się to też zdarzyło. I zastanawiasz się czy może czas na zastrzyk z dopaminy. Oksytocyna to dziwka jak mawiają wszystkie seks blogerki. Czy naprawdę wystarczy rozśmieszyć dziewczynę, zabrać ją do zoo i potem umiejętnie bzyknąć, poświęcając dużo czasu na wylizywanie jej cipki, czy wystarczy tylko tyle żeby ta dziewczyna zaczęła się zakochiwać? Żeby przestała być singielką?
A potem ten kutas podpisuje roczny kontrakt z orkiestrą w Pekinie i karmi cię na pożegnanie wielkim tortem z bullshitów o związkach na odległość i że to nie ty, ale on. Przez trzy dni opłakujesz zranione ego i utracone orgazmy, po czym zaczynasz się zastanawiać czy nie przydałaby Ci się kolejna randka. Tak tylko, żeby podbudować poczucie własnej wartości, żeby poczuć się znów przez chwilkę sexy, żeby tym razem kontrolować sytuację tak do końca. I tym razem umówisz się z prawdziwym skurwysynem, takim z brodą i z tatuażami, i w końcu już nie jesteś już singielką, i tym razem na pewno będziesz.......

środa, 6 sierpnia 2014

Ostatnia jednorazówka Katarzyny Frank

Chciałabym móc stwierdzić, że z OneNightStandów się wyrasta. Tak jak z koszulek z nadrukami, z malowania paznokci na czarno, z jeansów, ze sztucznej biżuterii, z noszenia brokatu na twarzy, z Briana Molko i trzymania się za ręce. Gdy poprzez nabieranie seksualnej pewności siebie nie jesteś w stanie znieść przemocy ukrytej w jednorazowym seksie, zdajesz sobie sprawę,  że masz większe prawdopodobieństwo wygrać milion w totka niż uniknąć sytuacji gwałtopodobnej z jednorazówką. Jednak wyrastanie z czegoś oznacza wrastanie w coś innego. Coś co mogłoby zastąpić puszczanie się na lewo i prawo, coś o wzorze chemicznym podobnym do adrenaliny, coś co pasowałoby kolorem do spektakularnego szacunku do siebie samej, który z takim trudem wychodowałaś podczas niezliczonych walk of shames i przeróżnych konfiguracji standów, wielo czy jednorazówek. Jestem ostatnią osobą po której spodziewałybyście się pochwały monogamii. A jednak. Najwyraźniej w seksualnym układzie najlepiej się sprawdza mono. Czyli jeden na jeden. Gdzie jeden plus jeden równa się jeden, nigdy zero. Sam na sam. Z samą sobą. Czasem wolę być soloseksualna. 

Przyznaję, byłam zagorzałą orędowniczką jednorazówek. Byłam w stanie polecić jednorazówkę jako najlepsze lekarstwo na chandrę, migrenę czy otyłość. Zaprzyjaźnionym dziewczętom niestrudzenie powtarzałam; " Jeśli chcesz uprawiać seks po prostu wyjdź z domu. Nie ma nic łatwiejszego niż seks. Wypij drinka, może dwa, może wcale, namierz cel i przeleć go. Zobaczysz, jak tylko wyskoczysz z ciuchów przed nieznajomym, jak tylko przekonasz się, że bycie pożądaną nie wymaga żadnego wysiłku, wystarczy mieć parę cycków, twoja deprecha, ból glowy czy wyimaginowana opona na brzuchu znikną." I dalej w to wierzę. Wierzę, że o ile nie szuka się w ten sposób miłości czy akceptacji, popłynięcie z jednorazową falą może być świetną zabawą. Można nauczyć się czegoś nowego i czerpać dodatkową satysfakcję z adrenalinowego kopa. Nie musisz golić nóg ani strzyc bobra, nie musisz zakrywać rozstępów i możesz wreszcie pozwolić rozbujać się swoim cyckom na całego. A potem możesz ubrać się, pojechać do domu, zmówić pizzę, którą nie musisz się dzielić i spać do późnego popołudnia w pościeli, której nie musisz zmieniać. Jedyną korzyścią z jednorazówki jest to, że nie musisz się tak bardzo starać. Brak monoerotycznej nadziei i brak konieczności inwestowania w kogoś, sprawia, że nie musisz już udawać porządnej dziewuszki. Możesz się wreszcie wypiąć, poprosić o dodatkowy palec w tyłku i nie przejmować się czy wibrator, którym właśnie operujesz na łechtaczce zagraża jego/jej potencji czy nie. I to na pierwszej (i ostatniej) randce. Zazwyczaj musisz czekać trzy miesiące zanim społecznie wymuszona pruderia pozwoli Ci wspomnieć kochankowi, że w ogóle masz odbyt. Zazwyczaj musisz dawkować, starać się, stosować metodę małych kroków lub drobnych przekupstw. W przypadku jednorazówki możesz mieć wszystko co chcesz i nawet nie musisz o to zbytnio prosić, po prostu robisz to. Łatwo jest sprowadzić jednorazowego partnera do poziomu gadających ( lub nie ) genitaliów i wykorzystać sytuację... Chwila, chwila. Wykorzystać? Czy to przypadkiem nie jest już przemoc? Czy zawsze możemy mówić o zgodzie na wszystko co się w obrębie jednorazówki dzieje? Szczególnie gdy w grę wchodzi alkohol, a w tym przypadku alkohol to jest najłagodniejsza z okoliczności łagodzących.

Gdy zastanawiam się nad jednorazówkami nie mogę się oprzeć wrażeniu, że cała rewolucja seksualna pokazała pokoleniu seksualnie wyzwolonych kobiet wielkiego faka i skopała nam tyłki. Wychowana na Seks w wielkim mieście, The L word i sex thrillerach lat dziewięćdziesiątych czekałam tylko kiedy będę wreszcie na tyle dorosła, że będę potrafiła wyrwać jakieś ciacho w barze i pójść z ciachem do łóżka, bez zakochiwania się. Uprawiać seks dla samego seksu. Całe stado moich około rówieśniczek, z pokolenia przed internetowym pornem, jako jedne z pierwszych jest zdolne do uprawiania seksu nie emocjonalnego. Cmokamy na młodsze tygrysy, komentujemy tyłki i penisy w oderwaniu od ich właścicieli, używamy władzy żeby ktoś wylądował z głowa miedzy naszymi nogami, bez nadziei na wzajemność. Potrafimy być mizoginistycznymi seksistowskimi świniami i bardzo nas to podnieca (trochę jak ostentacyjne palenie cygar). Problem polega na tym, że seksualność Samanthy Jones potrzebuje odpowiedniego partnera. Kogoś z kim seks można w sposób radosny, bezpieczny i obrzydliwie wyuzdany uprawiać. I tutaj pojawia się problem. Okazuje się, że trochę wystrzeliłyśmy przed szereg i zostałyśmy z nowoczesna seksualnoscią całkiem same. Nasze jednorazówki owej pokoleniowej metamorfozy wcale nie przeszły i nawet w najmniejszym stopniu nie dorastają do naszych oczekiwań. Przypadkowe przygody w dalszym ciągu chcą uprawiać samolubny seks penetracyjny bez prezerwatywy, a niezmordowanie i entuzjastycznie wyliżą cipkę jedynie dziewczynie, z która chcą chodzić. W dalszym ciągu trafiamy na pościelowe księżniczki, które nie potrafią zlokalizować łechtaczki, żadnej, ani cudzej, ani własnej, ale zapłaciły za taksówkę do twojego domu w nadziei, że im wszystko nie tyle pokażesz, co za nie zrobisz. Zanim się obejrzysz, zostajesz uwięziona za zamkniętymi drzwiami z miłośnikiem porno wygibasów pozbawionych czułości. I my, drogie dziewczęta, zamiast te drzwi wywarzyć solidnym kopniakiem, potulnie na owe wygibasy pozwalamy, i jeszcze do tego udajemy, że się nam to podoba.

Jamesa poznałam przez znajomych znajomych, jak to zwykle bywa. W moim wieku, w obowiązkowej koszuli w kratę, ładnie zbudowany i bez brody. Podekscytowany pokazywał mi aplikację, którą sam zaprojektował. Pozwala obejrzeć prawie każdy walijski kamping na panoramicznym zdjęciu i złożyć natychmiastową rezerwacje. Śmiałam się gdy opowiadał mi historyjki o odganianiu krów podczas robienia filmików za pomocą ajpada. Ostentacyjnie wyśmiałam go gdy przyznał się, ze gdy był w Nowym Jorku jeden dzień poświecił na wycieczkę tropami The Girls. Powinnam była już wtedy brać nogi za pas. Za kilka dni dostałam od niego smsa. Miał dwa bilety na koncert Betty Who na hoxton. Odpisałam że super, że postawię mu w zamian drinka po i wreszcie się dowiem jakich produktów do włosów używa wokalistka. Prawda była taka, że minął miesiąc odkąd wyszłam z poliamorycznego trójkąta. Miesiąc świetnego seksu z samą sobą, ale... zaczynało mnie już trochę swędzieć. 

Wylądowaliśmy w jednym z barów na shoreditch, który miał promocje dwa pięćdziesiąt za butelkowanego Brooklyn lagera. W tych mniejszych butelkach. Pomyślałam, że to dobrze, przynajmniej zachowam umiar. Władowałam w siebie sześć, nie licząc drinków przed i w trakcie koncertu. Rozmawialiśmy o jego freelance karierze, rozmawialiśmy o mojej freelance karierze i o tym jak wszyscy w Londynie robią teraz freelance karierę. Potem zaczęliśmy wymieniać najbardziej kiczowate brit popowe piosenki. Najpierw zaczął trzeć swoim kolanem o moje. Potem gdy właśnie wymądrzałam się na temat szkodliwości mainstreamowej pornografi i wymachiwałam siódmym Brooklyn lagerem, pocałował mnie. Z językiem. Ni stad ni zowąd. Baaaaam. Rok randkowania z Anglikami dobrze przygotował mnie na taką sytuacje. Tak wygląda angielski flirt. Nigdy nie rozmawiasz o niczym prywatnym, nie wspominasz o seksie, nie pytasz co się stało z twoją ostatnią dziewczyna i czy jesteś teraz singlem. Pierdolisz kilka godzin o serialach, filmach i alkoholu, a potem baaaam, jeśli się sobie podobacie zaczynacie się całować i idziecie do łóżka. Jeśli nie, on odprowadza cię do metra gdzie dostajesz really mean hug i zostajecie najlepszymi kumplami. W obu przypadkach nie zobaczysz delikwenta już nigdy więcej. Jest też trzecia wersja, w której całujecie się gdy on odprowadza cię do metra i nie idziecie razem do łóżka, ale to oznacza, że będziecie ze sobą chodzić. 
Ostatnie co pamiętam z baru na shoreditch to, że James mieszka na dalston czyli mniej więcej w pobliżu, a na Brixton, gdzie ja mieszkam, jest za daleko i że będzie się zachowywał jak prawdziwy gentleman. Gentleman my ass. Wydobywa mnie z ciuchów jeszcze zanim udaje mi się zdjąć buty. Tracę trzy guziki od sukienki. Po sesji całowania i dotykania się wszystkim wszędzie, wreszcie wskakuję na niego i zaczynam kręcić biodrami. Czekam. On zakłada ręce za głowę i też czeka. Czekamy tak sobie przez parę minut. Czuje jak cycki zaczynają mi powoli opadać, podniecenie zresztą też. Wreszcie James łapie mnie za biodra, pomagając mi unosić się i opadać. 
- Muszę teraz bardzo uważać żeby cię nie zerżnąć. - mówi
- Możesz to zrobić. Tylko zabezpieczmy się.
- Eeee, nie mam gumek. 
- Eeee, ja mam.
- Eeee, nie lubię gumek. Naprawdę. Mam kondomofobię. Jak tylko założę to mi opadnie.
Wywracam oczami i walczę chwile by zejść z niego. Trzyma całkiem mocno i przekonuje mnie mrucząc, że ma całkiem niezły timing, ma ptaka pod kontrolą. Nawet nie podejmuję dyskusji, tylko kładę sie obok. Biorę jego na wpół twardego penisa w dłoń i przesuwam się jeszcze niżej.
- Możemy się pobawić inaczej... - zachęcam już oblizując usta i próbując zlokalizować najbliższą szklankę wody. 
- Eee wiesz, to chyba nie zadziała. Za dużo wypiłem, poza tym zwaliłem sobie przed wyjściem z domu.
Muszę mieć naprawdę suczy wyraz twarzy, bo James wreszcie unosi się i całuje mnie. Pół palcówka i ssanie sutków podpowiadają mi, że koleś ma jakiś chytry plan. Próbuje mnie zdekoncetrować, odwrócić moją uwagę od czegoś co wydarzy się niespodziewanie. Gdy czuje jego język na łechtaczce staram się pozostać czujna. To jest niedbała i kompletnie amatorska minetka. Dziabie mnie językiem na oślep. Staram się pokierować jego głowa i podstawiam się pod pół palcówkę, ale musiałam źle trafić, bo jego wilgotna dłoń ląduje na moim tyłku. Wydobywa się ze mnie zaskoczone jękniecie, które on źle interpretuje, bo przewraca mnie na brzuch i już czuję jego nagle mega twardego ptaka w okolicy rowka. Ptak jest nieustraszony i zaczyna się na sucho wwiercać do środka. Odwracam się z wielkim, neonowym wtf??? w oczach.
- Spokojnie kotku. Do tego nie potrzebujemy gumy.
Kotek nie jest spokojny. Kotek syczy "chyba cię pojebało", wyskakuje z łóżka i zaczyna się ubierać. James wydaje się zaskoczony.
- Tak właściwie to po co tutaj przyszłaś?
- Na pewno nie po to żeby ktoś mnie zerżnął bez gumy. W tyłek. Powinieneś wytatuować sobie kondomofob na czole, zanim jakaś mniej cierpliwa laska ode mnie wyskrobie ci gwałciciel na ptaku.
- Nie przesadzaj. Nie jestem...
Wychodzę trzaskając drzwiami tak by pobudzić sąsiadów i współlokatorów. Przede mną niewykonalne zadanie złapania taksówki na dalston w środku nocy. Jak nic wybule z pięćdziesiąt funtów za powrót na południe, ale lepsze to niż choćby minuta dłużej w towarzystwie tego fiuta. Za głupotę się płaci. Zapalam dunhilla, zaczynam się chichotać, chociaż nie ma z czego się chichotać. Jestem w ciemnej dupie i nie ma żadnych wątpliwością, że miniona sytuacja jest niczym innym jak próbą gwałtu. Gdybym była bardziej pijana, gdybym z powodu strachu, zachamowań nie potrafiła rozegrać sytuacji, gdybym była trochę młodsza i nie miała kasy na taksówkę do domu, gdybym uważała, że wzwód sam w sobie stanowi wspaniały komplement i obliguje mnie do uczestnictwa w czymkolwiek, gdybym zasnęła...

Następnego dnia biorę dzień urlopu w pracy, robię paznokcie i kupuje sobie w nagrodę kolację w nandos i niebieski wibrator. Skończyłam z jednorazówkami. O jedną taką sytuacje za dużo. Wole już samogwałt do usranej, samotnej śmierci i pożarcie przez stado dzikich lisów, niż przejść przez to raz jeszcze. To już trzecia taka sytuacja w moim życiu. Z każdą sytuacją staję się mądrzejsza. Zawsze próba gwałtu związana jest z użyciem zabezpieczenia i nadużyciem alkoholu. Boje się, że kiedyś naprawdę nie będę mogła się bronić, będę się bała wstać i wyjść, że ktoś może być ode mnie silniejszy. Skoro jednorazówki nie wliczają się do poszukiwania miłości, ani nie dają ci radosnego, wyuzdanego seksu, skoro w dalszym ciągu obowiązkowa, entuzjastyczna minetka zarezerwowana jest dla laski, która nie traktuje cię jak obiekt seksualny, skoro jestem już za stara żeby wierzyć w cuda takie jak orgazm pochwowy... Wole już wibrator, termofor i Jacka White'a na Cumberbatchu. Będę dbała o to, żeby dostatecznie wcześnie powiedzieć nie, żeby nie czekać do ostatniej chwili. Na idealny świat muszę jeszcze trochę poczekać, na świat w którym na NIE nigdy nie jest za późno.

Mam też nadzieję że moja ostatnia jednorazówka nie poszła na marne. Że następnym razem ty też będziesz miała odwagę wstać, wyjść i trzasnąć drzwiami, gdy tylko on skrzywi się na widok prezerwatywy. Nie dając przyzwolenia na takie zachowanie dbasz i o siebie, i o inne dziewczęta. I nie jest istotne, że co prawda słyszałaś o gwałcie na randce, a przygoda na jedna noc to nie randka. Tylko ty decydujesz kiedy i na co masz ochotę. Nie jesteś nikomu nic dłużna, nie masz żadnych erotycznych obowiązków z racji bycia kobietą. Masz prawo do własnej seksualności, innej od tej z którą jesteś w łóżku. Możesz nie lubić analu, możesz nie połykać, możesz nie lizać nieogolonych cipek, a jeśli komuś to się nie podoba, niech spada na bambus. Jeśli dziewczęta nie zaczną plecami odwracać się do łóżkowego egoizmu, to nigdy wyrosną na Samanthę Jones. Następnym raazem gdy jakiś głupi fiut czy cipa będą próbowali wsadzić coś tam gdzie nie masz na to ochoty, pomyśl co by zrobiła na Twoim miejscu Katarzyna Frank. 

poniedziałek, 17 lutego 2014

Londyńska emancypacja Katarzyny Frank

Ten post dedykuję KR. Moja emancypacja nie byłaby możliwa bez Ciebie. Twoja beze mnie. 

- To jest możliwe urodzić się ze złamanym sercem. - mówi do mnie pochylając się nad drewnianym stołem. Nie jest zimno. Zima w Londynie jest wilgotna, ale nie zimna. Kurtki leżą porzucone na ławce. Siedzimy w samych marynarkach, jak nie-turystki. Na nogach mamy chelsea boots. Wypuszczamy dym równocześnie, przygryzając lukrecjowe bibułki naszych rollies. W jej słowach słyszę echo pierwszego zdania mojej Wielkiej Książki, książki która miała mnie uratować i odmienić świat.  – Można mieć złamane serce w momencie poczęcia. Takie serce nie jest zdolne do miłości, a już na pewno nie do miłości w rozumieniu mas, miłości opisanej w książkach i pokazanej na filmach. Nie obwiniam swoich rodziców. Myślę, że naprawdę się starali , ale bardzo szybko zabrakło im cierpliwości. 

Mam tremę. Czasem wydaje mi się, że już nie potrafię tego robić. Pisać. A czasem jestem przekonana, że tak naprawdę nie potrafię nic innego, że oprócz łóżka w niczym innym nie jestem aż tak spektakularnie, epicko dobra. Minął już rok odkąd jestem z Londynem. Jestem kimś zupełnie innym. Zmiana dokonywała się stopniowo i gwałtownie. Teraz należę do szczęśliwców, należę do uprzywilejowanych. Należę do najedzonych, seksualnie aktywnych, seksualnie zaspokojonych, intelektualnie rozbudzonych. Nie wyróżniam się pośród The London Crowd. Wiem gdzie należy pójść żeby spotkać podobnych do mnie. Nie potrzebuję żadnych pieniędzy, wystarczy być uprzejmym dla nieznajomych. Wystarczy mieć burberry coat i vintage cigarette box. Wystarczy mieć naprawdę dobry gust i jeszcze lepszy akcent. Wystarczy być skromnym i dobrze wychowanym. Wystarczy nie bać się zrobić z siebie idioty i tańczyć tak jakby nikt na ciebie nie patrzył. Wystarczy zachowywać się tak jakby bycie sobą nie kosztowało cię żadnego wysiłku.

W pewnym momencie zadecydowałam, że nie wrócę do lipshit bloga. Moja perspektywa zmieniła się diametralnie. Teraz należę do uprzywilejowanych konsumentów zachodnich dóbr.  Nie mam o co walczyć. Jestem częścią klasy pobłogosławionej dobrobytem ideologicznym. Opisywanie jak wygląda teraz moje życie, jak wygląda błoga, ekscytująca, beztrosko promiskuitywna codzienność pozbawiona społecznej oceny, byłoby jak kopanie leżącego. Przecież domyślacie się drogie lipshit dziewczęta, że przy odrobinie szczęścia i odpowiednio zgrabnym tyłku może być tutaj naprawdę dobrze. Lepiej. Łatwiej. Szybciej. Mocniej. Smaczniej. Różnorodniej. Tutaj możesz naprawdę mieć wszystko na co masz ochotę, wtedy kiedy masz na to ochotę. I to nie jest kwestia materialna. To kwestia intelektualnego bagażu i odrobiny odwagi. Drogie lipshit girls, po co wam kolejna emigrancka bajka o promiskutitywnej, biseksualnej, poliamorycznej szmacie, która dobrze się bawi. O szmacie, która naprawdę dobrze się bawi. O wiele lepiej niż wy. To jest tani sadyzm, narcyzm za trzy grosze. To jest obrzydliwa intelektualna masturbacja, walenie sobie mentalnego konia tuż nad głowami tych, którym odmawia się podstawowych praw. To jest niegrzeczne, nieuprzejme i pozbawione klasy.

Z drugiej strony mogę wam opowiedzieć jak można żyć inaczej. Jak w chwili gdy nie można zmienić świata można zmienić samego siebie. Można się ostatecznie wyemancypować. Rok temu opuszczając Warszawę bez pieniędzy, bez pracy i bez mieszkania, postawiłam wszystko na jedną kartę. Albo przetrwam albo nie. Albo zmienię się na tyle by móc odczuwać życiową satysfakcję albo umrę. Albo uwiodę Londyn albo .... tutaj nie było żadnego albo. W jeden rok udało mi się zrealizować wszystkie swoje fantazje. W jeden rok udało mi się:

zakochać się Londynie
zakochać się w Katarzynie Frank.
zostać feministką. Bycie kobietą już nie wystarczy. Zawsze być przede wszystkim feministką. Promiskuitywna poliamoryczna szmata jest na drugim miejscu. 
złamać komuś serce
pozwolić by ktoś złamał mi serce
przeżyć najwspanialszą przygodą miłosną, której nie wymyśliłabym dla samej Kasi Pepper
przeżyć  na własnej skórze wszystkie perwersje opisane w Zmyślnych Dziewczętach
bzyknąć więcej osób niż udało mi się przeczytać książek
mieć jedną kochankę i dwóch kochanków równocześnie i nie być zakochaną w żadnym z nich

nie zarobić zbyt wiele pieniędzy, które nie mają żadnego znaczenia
odwiedzać muzea tylnymi drzwiami
nie pozwolić pocałować się pod św Pawłem
kilka razy prawie spotkać Cumberbatcha
walczyć z pokusą by nie okraść Marka Gatissa
pokochać swoje ciało. Całkowicie zaakceptować swoją cielesność i wreszcie zacząć się nią cieszyć. Odrzucić każdy medialnie narzucony stereotyp dotyczący skomercjalizowanego kobiecego ciała. Wreszcie zrozumieć, że nie jestem ani gruba ani chuda ani brzydka ani ładna ani stara ani młoda. Zrozumieć, że jestem sobą. Odrzucić niepotrzebny balast w postaci obcasów, szminek, niewygodnej bielizny i ubrań w których liczy się metka. 
nauczyć się, że jedyny sposób w jaki wypada wyróżniać się z tłumu to gdy  otworzysz usta bo naprawdę masz coś do powiedzenia. Każdy inny sposób jest powierzchowny i nietaktowny. 
obciąć włosy tak by przypominać angielskiego chłopca ze szkoły z internatem
zapominać polskie słowa, chociaż tak bardzo się staram, zawsze się staram mówić po polsku z pedantyczną dokładnością
pogodzić się z tym że jestem szmatą. Promiskuitywną, poliamoryczną szmatą. Ideał monogamicznej miłości jest równie fałszywy co skomercjalizowany ideał kobiecego piękna. Chcę kochać wiele osób równocześnie i żyć w nieustannym oczekiwaniu na kolejną przygodę.
nie pogodzić się z tym, że mężczyzna w którym zakochałam się, nigdy nie będzie mój. I ze słodką hipokryzją codziennie fantazjować, że ze swoim krzywym uśmiechem powie „I’m so sorry petite.” realizując wszystkie różowe, lukrowane, nierealistyczne założenia monogamii. Do taktu kopyt jednorożców. 
nauczyć się tyle nowego o własnej seksualności. Przestać zamykać się w „lubię/nie lubię”. Próbować. Wciąż próbować nowego. I nigdy nie bać się. I nigdy nie udawać. Odważnie przyznawać się, że się nie doszło. Odważnie mówić o tym, że jest się dziewczyną, która bardzo ciężko dochodzi, bo dochodzi tylko wtedy gdy jest zakochana. I cieszyć się całym ogrodem seksu, który obrasta wąską grządkę orgazmu.
zrozumieć że zmysłowość, że bycie seksualnie pociągającą to nie gadżety, to nie to co na sobie, nie to co w szufladzie, pod łóżkiem, nie to co na baterie, nie to co na prąd, nie to co na ekranie, nie to co u koleżanek, nie to co na seks blogu, nie to co inni, nie to co oni. Że prawdziwy erotyzm leży tam gdzie nie potrzeba się posiłkować niczym więcej oprócz nagiego ciała. Wszystko inne jest protezą i oszustwem. 
odrzucić system celebrycki i skomercjalizowane, sztucznie wykreowane potrzeby
biegać z jednej imprezy na drugą, z jednego otwarcia na drugie
zerzygać się w Saatchi i dojść w V&A
nigdy nie pójść do Harrodsa, nigdy nie wejść do Selfridges
dopieszczać wewnętrznego snoba, dbać o wewnętrznego zboczeńca
leżeć cały dzień w łóżku nago, palić papierosy, słuchać starych płyt i gadać o niczym
spędzić weekend w Brighton
kultywować swój bespoke fetish
pozwolić by ktoś sprał mnie na kwaśne jabłko
jeść tylko ciastka i pić tylko herbatę
bzyknąć kogoś w szelkach, ze spinkami do mankietów i w staromodnym kapeluszu
zapuścić spektakularne, miękkie, pachnące włosy łonowe. I chwalić się nimi. I nie ulegać obsesji normatyzowania ciała przez diety, przystrzyganie, wyrywanie i woskowanie. 
zostać pełonoprawynm pescowegetarnianiem i aspirującym weganinem
jeździć konno
zostać na Soho niemal aresztowaną za publiczną obrazę moralności
przepraszać za trzecią serię BBC Sherlocka
cieszyć się, że mam stary komputer i brzydki telefon. Nie być niewolnikiem nowoczesnych technologi.
mieć członkostwo w bfi
umieć się odnaleźć z przyjaciółmi w tłumie shoreditch bez umawiania się w konkretnym miejscu
fantazjować o Stephenie Fry’u. Zawsze fantazjować o Stephenie Fry’u. 
wreszcie zrozumieć, że nic mnie bardziej nie podnieca niż twardy kutas. Że nawet najpiękniejsze kobiece ciało, nawet najsprawniejszy dziewczęcy język nie zrobi ze mną tego co widok męskiego, owłosionego nadgarstka wysuwającego się z mankietu koszuli. I nie odrzucać swojego biseksualnego doświadczenia na rzecz nowej, poliamorycznej tożsamości. 
i przyznawać się że nigdy nie pragnęłam niczego bardziej niż być lesbijką. Ale mi nie wyszło.
i przyznawać się nie znam niczego co bardziej by przystawało do mojego światopoglądu niż biseksualizm. Ale on też mi jakoś ostatnio nie wychodzi.
i przyznawać się że zawsze wierzyłam, że jak dorosnę zostanę pornografką. I dalej wierzę. 

Nie tęsknię za Polską, sorry Polsko. Wszystko to co wydarzyło się przez ten rok nie byłoby możliwe w moim rodzinnym kraju. Chciałabym do niego już nigdy nie wracać. Chciałabym pozostać nieoceniana, niezmuszana i niestrofowana. Chciałabym zostać odpolityczniona, odspołeczniona. Chciałabym pozostać sobą. W Polsce to nigdy nie było możliwe. Polska jest zbyt wścibska, zbyt surowa, zbyt nieostrożna w ocenie i zbyt mocno forsuje swoje. Polska jest zbyt smutna, zbyt zamknięta, zbyt mało towarzyska i kiepsko wychowana. Polska jest biedna i ja jestem biedna, tutaj też jestem biedna, tylko, że tutaj nikt mnie z tej biedy nie rozlicza. Tutaj nikt mi nie mówi, że moja bieda jest zła i okrutna. Tutaj mogę się cieszyć swoją biedą na swój własny sposób. Bo tylko ja jestem odpowiedzialna za swoją biedę. Ja i nikt inny. Dlatego też w całości roszczę sobie prawo do własnej biedy. W Polsce jestem samotną starą panną, agresywną, niedopchniętą feministką dziwadłem, nieprzydatną społecznie puszczalską, wylęgarnią chorób wenerycznych i krzywdzących ideowo pomysłów. Tutaj jestem promiskuitywna, poliamoryczna i rozwiązła. Tutaj nikogo nie obchodzę i nikomu nie przeszkadzam. Tutaj nie jestem niczym złym. Tutaj nie jestem jedyna. 

Załóżmy więc na chwilę, że Katarzyna Frank wraca do pisania. 

Mogę wam obiecać pornograficzną powieść o moim puszczalstwie w Londynie, ale możliwe, że ta powieść nigdy nie powstanie, bo za bardzo będę zajęta puszczalstwem w Londynie. Nie przeżywam już z zamiarem opisania. Przeżywam. 
Mogę wam obiecać poprawioną, ostrzejszą „Kasia Pepper i Zmyślne Dziewczęta” tym razem dostępną w przestrzeni publicznej całkowicie za darmo. Ale możliwe, że żyć jak Kasia Pepper sprawia, że niemożliwym jest pisać o Kasi Pepper. 
Mogę wam obiecać, że lipshit blog znowu zapełni się ryzykowną, wulgarną pisaniną. Ale możliwe, że jedyny poliamoryczny blog niehetero już zawsze będzie pisany z perspektywy uprzywilejowanej. I jako uprzywilejowana puszczalska szmata, mogę tylko dawać dobry przykład.  

Mogę wam obiecać, że już nie będę starać się za bardzo, a lipshit znów będzie prywatnym podwórkiem zabaw, pisanią bez ideowego zadęcia, odważnym, na wpół anonimowym pierdnięciem. Obiecuję już nigdy nie brać siebie na poważnie. I wy też sobie to obiecajcie, drogie lipshit dziewczęta. 

czwartek, 19 września 2013

Na przekór Polskiej Dzikusce

I've dreamt about you nearly every night this week
How many secrets can you keep?
Cause there's this tune I found that makes me think of you somehow
And I play it on repeat
Until I fall asleep
Spilling drinks on my settee
(Arctic Monkeys)


Wciąż pamiętam czasy gdy byłam smutna. Pamiętam jak pisałam do siebie krótkie listy. Pisałam „Nie przejmuj się. To wkrótce minie.” Wysyłałam kartki z kinowego holu, wysłałam chińską papeterię pachnącą niczym wyobrażenie o niebiańskim papierze toaletowym. Pamiętam słowa, których nie umiałam wypowiedzieć, rzeczy, których nie umiałam zrobić. Pamiętam zaklęcia, których nie umiałam zapisać. Pamiętam ku przestrodze. Teraz mogę wszystko, ale to jest inne wszystko. Większość tego co o sobie zakładałam okazało się bzdurą. Mimo całej ogłady i akademickiego zaplecza, mimo postfruedowskiej świadomości procesu, Polska Dzikuska która mieszka gdzieś miedzy moją cipką a głową, okazuje się niezniszczalna. 

Wysiadam z autobusu na wysokości Królewskich Stajni. Zazwyczaj obieram inną trasę, ale tym razem prowadzę ulubiony spacer na wspak. Wciąż odczuwam potrzebę by pobyć sama, od czasu do czasu. Przez parę dni nie odzywać się do nikogo. Mówić tylko z samą sobą. Przebywać jedynie we własnym towarzystwie. Widywać się tylko z Londynem. Żwir chrupie pod moimi trampkami z działu chłopięcego. Mam na sobie pensjonarski, pikowany płaszczyk z podszewką w bardzo rozpoznawalną kratę. Pod spodem koszula zapięta na ostatni guzik i legginsy w kwiatki. Pod spodem spodu bielizna tak cienka, że przy głębszym oddechu materiał napina się i protestuje.  Żadnych majtek. Żadnych skarpetek. Żadnej biżuterii. Żadnej torebki. Kindle i TimeOut pod pachą. Cały majątek upchany po kieszeniach. Trzeba lekko przebiegać przez jezdnię i szybko zbiegać po lewej stronie ruchomych schodów.  Nie ma czasu na zbędny balast. Źródło adrenaliny pobudzane pędem tego miasta może w każdej chwili wyschnąć, a wtedy zmęczenie przygniata nisko do zamiecionego dokładnie chodnika i trudno dowlec się do domu. 

Siadam na ulubionej ławce w St James. Widać fontannę i drzewa i turystów. Każdy może mnie tutaj spotkać. Londyn jest wielki. Jest wielkim tygrysem, mruczącym i gorącym. Groźnym, jeśli nie wiesz jak z nim postępować. Jednym ze sposobów na jego okiełznanie jest trzymanie się utartych ścieżek i dotrzymywanie ulubionych rytuałów. T. zna moje ścieżki. Tak długo chodził za mną krok w krok, aż odnalazł bramę w wysokim murze, wyłom w skale na tyle szeroki by wcisnąć w niego... swój ciekawski nos, który pociera stojąc nade mną. Uśmiecha się do mnie. Ja uśmiecham się do niego. Siada obok. Całuje mnie czubek w głowy i zaczyna skręcać dwa papierosy. Dla siebie zwykły, dla mnie w czarnej, lakrycowej bibułce. Opieram głowę na jego ramieniu i głaszczę go po brzuchu. T. jest silny i rozłożysty. T. jest dużo, dużo młodszy ode mnie. Ma na głowie szopę jasnych włosów, jego zarost pod odpowiednim kątem wydaje się całkiem rudy i zawsze mi powtarza, że całuję się najlepiej w całym Londynie. Nie mówimy nic. Palimy papierosy i liczymy kaczki. W końcu T. wstaje i wyciąga do mnie dłoń mówiąc – Chodź, ugotuję Ci kolację. – co tak naprawdę oznacza – Chodź, idziemy pieprzyć się cały wieczór i całą noc. - Kiwam głową i wsuwam palce w jego szeroką dłoń.  Ma poranione dłonie od ciężkiej fizycznej pracy, ale zadbane, czyste paznokcie. Przypominają mi dłonie mojego Ojca. Wychodzimy z St James trzymając się za ręce, chociaż Polska Dzikuska we mnie krzyczy „ Nie, nie, nie! Za rączkę??? To takie wstrętne! Co ten dzieciak sobie wyobraża?

Gdy jedziemy do jego domu, T. wciąż trzyma rękę, to na moim kolanie, to na moim ramieniu. Pilnuje żebym nie uciekła. Dobrze wie jak postępować z Polską Dzikuską. Umie przytrzymać mnie w odpowiednim momencie, gdy sabotuję własną przyjemność. Łatwiej jest nie dojść i mieć pretensje, niż dojść i odczuwać wdzięczność. Łatwiej jest nie czuć nic, niż czuć zbyt wiele i płakać w poduszkę, na przekór dłoni która przesuwa się od ramienia, przez wgłębienia pleców aż do pośladków, tym uspokajającym gestem, który zbyt dotkliwie przypomina dzieciństwo. Przez cała drogę rozmawiam z Mamą przez telefon. T. nie rozumie ani słowa z tego jak próbuję jej wytłumaczyć dlaczego dziewczęta w Londynie nie noszą majtek. 

Bardzo szybko się robi ciemno. Witam się z jego współlokatorami. Śmieją się i krzyczą „allez, allez!” gdy T. ciągnie mnie po schodach do swojego pokoju. Nerwowo demonstruję, że chciałabym zapalić, że chciałabym siusiu, że chciałabym wszystko tylko nie znaleźć się z nim sam na sam w zamkniętym pomieszczeniu. Duma Polskiej Dzikuski sprawia, że wkurzam się na samą myśl, że jeśli znajdziemy się sami, on zaraz przekona się jak bardzo jestem mokra. Dla niego. Przez niego. Nie chcę by moje sutki twardniały gdy tylko mnie dotknie. Nie chcę uderzenia przyjemności między nogami gdy tylko pocałuje mnie w szyję. Nie chcę poddawać się tak łatwo. Wystarczy tylko żeby potarł językiem o mój język.  

Nie pozwala mi zapalić światła. Przytrzymuje moje ręce w górze i opiera mnie o drzwi. Szybko zdejmuje przez głowę koszulkę. Miałam go wiele razy, ale zawsze widok jego nagiej skóry wprawia mnie w osłupienie. Jego zapach doprowadza mnie do szału. Jest mocno owłosiony, stereotypowo męski. Zbyt męski na kogoś tak młodego.  Kiedyś zarzekałam się, że ktoś  taki nie jest w stanie mnie podniecić. Że na moje podniecenie składa się głownie intelekt, a moją główną strefą erogenną jest mózg. Że w mężczyznach najbardziej podnieca mnie ich kobieca strona. Bzdura. Połączenie męskości i naturalnej czułości rozpala mnie do białości. Tylko to. Nic innego. Nic innego tak intensywnie. Ciężkie palce, ciężkie dłonie, poskręcane włosy, pot i mnóstwo pocałunków.  Pocę się w swoim ubranku dziewczynki z dobrego domu. Czuję jak usta zalewa mi słodka ślina, boję się, że jeśli rozchylę usta, zacznie kapać mi po brodzie. Rozszerzone źrenice, pulsowanie między nogami, podwyższona temperatura. Nie jestem w stanie myśleć ani się poruszyć. On o tym świetnie wie. Szybko rozpina rozporek i pozbywa się dżinsów. Stoi tak nade mną, z jedną ręką opartą tuż nad moim uchem, patrzy mi prosto w oczy, od niechcenia pocierając swojego twardego ptaka. Odrywa rękę i zaczyna bardzo powoli rozpinać najpierw guziki mojego pikowanego płaszcza, potem guziki mojej koszuli. Przez chwilę bawi się ramiączkiem mojego cienkiego stanika, dobrze wie, że wystarczy lekko pociągać, żeby moje piersi stały się całkowicie bezbronne. Są białe, mleczne, o malinowych sutkach. Niegroźne. Nie mam nic, żadnej ostrej krawędzi, żadnej twardniejącej, purpurowej części ciała by się przed nim bronić. Jestem całkowicie ogłupiała, jakbym nigdy jeszcze nie widziała nagiego mężczyzny. Zaczerwieniona, ledwo mogę oddychać. T. wsuwa dłoń pod gumkę moich legginsów. Opieram o niego czoło, jasne włoski łaskoczą mnie w nos. Jego palce rozchylają wargi mojej cipki i odkrywają całą wilgoć, przedzierają się przez nią by odnaleźć łechtaczkę równie stwardniałą co jego kutas. Szepcząc coś po francusku, zaczyna ją delikatnie gładzić, głaskać. Za delikatnie, za czule, z rozmysłem doprowadzając mnie do szału, złośliwie zwijając drugą rękę w pięść, wciąż bezużytecznie opierając ją o drzwi, chociaż mógłby ścisnąć moje pośladki albo złapać mnie za kark albo unieść mnie lekko do góry i pomóc mi objąć go udami w pasie. Będzie się ze mną drażnił dopóki nie stracę kontroli. Dopóki nie zrobię czegoś rozpaczliwego. Podnoszę zalane rumieńcem policzki i patrzę mu w twarz. Dopiero wtedy zauważam jak mocno ma zaciśnięte szczęki, jak wiele kosztuje go ta gra. Przysuwam się blisko jego ust i oblizuję się, tak by mógł poczuć jedynie muśnięcie wilgoci. Jego palce cofają się na chwilę. Dłoń zaciska się na mojej cipce, zbiera ją we wnętrzu jak małe, przestraszone zwierzątko. Polska Dzikuska wciąż musztruje mnie, że nie mogę przegrać tej  gry. Polska Dzikuska jest w stanie wygrać każdy pojedynek, szczególnie z kimś tak młodym, tak owłosionym, szczególnie z Francuzem. Wyciągam dłoń po jego kutasa, który w mgnieniu oka nabiera ciężkości, puchnie. Odciągam skórę na czubku i wnętrzem dłoni zakreślam koła dookoła wilgotnej żołędzi. Zza drzwiami słychać wrzaski jego współlokatorów. Kibicują jakby oglądali mecz. Czy dzisiaj jest jakiś mecz? Rozpraszam się na chwilę i odruchowo natrafiam na jego sutek, który gryzę delikatnie. Nikt nigdy nie smakował aż tak. Pomarańczami i skórą długo wygrzewaną na słońcu.  T. wyjmuje rękę spomiędzy moich nóg i zrywa ze mnie legginsy. Potem zsuwa ze mnie płaszczyk, rozrywa koszulę. Słyszę jak guziki i  haftki stanika podskakują na podłodze. Znowu będę musiała pójść do pracy w jego swetrze, który wisi na mnie niczym za duża sukienka i zsuwa się z ramion. T. w mgnieniu oka przenosi mnie na łóżko, na które opadam plecami. Odruchowo zrzucam na ziemię komiksy, laptopa, puste butelki po pepsi max i opakowania po czipsach. T. zdejmuje mi trampki, rozwiązując sznurówki zębami. Całuje mnie w podeszwy stóp, gryzie lekko, ale na skraju znajduję się dopiero gdy opiera moje stopy o swoje ramiona. Robi to czule i ostrożnie, ostatni gest opieki zanim zacznie mnie naprawdę mocno pieprzyć. Ta pozycja, z wysoko zadartą pupą, w której czuję się tak bardzo otwarta, z całą swoją wilgocią na widoku, sprawia, że wystarczy, że lekko dotknie główką penisa mojego gorącego wejścia, a już zaczynam szczytować. I to szczytować z zaciskaniem zębów i szarpaniem pościeli...    

- Wrócę tutaj po ciebie.
- Za te trzy lata, pod koniec twojej podróży dookoła świata, będziesz jeszcze bardziej za młody dla mnie. Powiedz mi lepiej kto cię tego wszystkiego nauczył? Na pewno nie Mama. I nie mówię o gotowaniu.
T. milknie i zaciąga się papierosem. I chociaż mogę sobie akademicko rozprawiać z moim koleżankami o tym, że jesteśmy pierwszym pokoleniem kobiet, które na wzór mężczyzn, po przekroczeniu magicznej trzydziestki, będzie zainteresowane tylko młodszymi kochankami, że jako pierwsze będziemy miały młodych mężczyzn i bardzo młodych mężów, mogę udowadniać do woli jak jesteśmy już na tyle wyemancypowane by zrównać się w prawach do posiadania młodziutkiego mięsa, to i tak zawsze będę traktowała T. z góry. Nie dlatego że intelektualnie jesteśmy oddaleni od siebie o całe lata świetlne. Nie dlatego, że czyta tylko komiksy, a szczytem jego życiowej ambicji jest przetrwanie całego lineupu na Glasto bez poważniejszej kontuzji. Nie dlatego, że gdy się urodził ja już chodziłam do szkoły. Dlatego, że Polska Dzikuska go nienawidzi. Za to jaką ma nade mną władzę. Węszę za nim nieustannie, nie potrafię się oprzeć i nie mogę w żaden sposób zwalczyć tego intelektualnie. Starałam się trzymać od niego z daleka, starałam się przekonać, że reprezentuje wszystko czym gardzę... wszystko na nic.  Można to nazwać chemią, można powiedzieć, że macica mi się na mózg rzuciła i myślę pochwą, ale prawda jest taka, że niewiele brakuje, bym pognała za nim na ten jego koniec świata. I wiem, że ostatnią resztką rozumu bronię się przed tym pomysłem. I wiem, że niczego bardziej nie pragnę na świecie niż siedzieć sobie z nim, palić papierosy, nie odzywać się, a potem pieprzyć się dopóki starczy sił. Zjeść coś, zapalić i dalej się pieprzyć. 

Przez parę następnych tygodni, już po jego wyjeździe (Polska Dzikuska zakazała mi się pożegnać)  myślę o nim codziennie. Czy tego chcę czy nie. Śpię z termoforem owiniętym w poduszkę. Masturbuję się fantazjując o T. Realnym, pozbawionym perwersji T. O tym jak wylizywał mi cipkę, z czułością i cierpliwością, pilnując moich dłoni i nie pozwalając się przepłoszyć, nie pozwalając mi się poddać. Miły chłopak, który strasznie mlaskał przy jedzeniu, nie przeczytał z życiu ani jednej książki bez obrazków i nie miał żadnych manier. Wszystko poza utartymi schematami myślenia. Wystarczył jeden T. żebym znów odzwyczaiła się sypiać sama. Wystarczył jeden nieostrożny krok, jedna iskra, żebym znów nie chciała tego wszystkiego przechodzić. I żeby nie móc się doczekać by przejść to od nowa. Na przekór Polskiej Dzikusce. 

wtorek, 23 lipca 2013

London in love

Maybe the next one darling. Maybe the next one.

Jest zupełnie inaczej niż się spodziewałam. Londyn nie jest miękkim erotyzmem. Londyn nie jest soft porn. To nie herbatka, ciasteczka, wysokie obcasy i szeleszczące falbanki halek. To coś o wiele lepszego. To coś bliższego życia, prostego, skromnego i całkowicie wyzwolonego. Coś pozbawionego ostentacji. Coś o co nie musisz się prosić, nie musisz się starać. Coś co przychodzi samo z siebie. To coś dzikiego, nieskrępowanego i nieprzewidywalnego. Coś co wymusza całkowitą akceptację samej siebie, bo nie ma czasu na roztrząsanie, przeżywanie i podejmowanie decyzji z namysłem. Trzeba brać gdy dają.  Żadna oferta nie pada dwukrotnie. Londyn to kolejna emancypacja Katarzyny Franciszek gdy wydawało się, że nie można się już bardziej wyemancypować. To nauka cierpliwości i samodyscypliny. To ponoszenie konsekwencji za wszystko co się robi. To ponoszenie konsekwencji za wszystko czego się nie robi. I nie ma w tym nic dziewczęcego, nic kobiecego. Jestem chłopcem, który urwał się ze smyczy, czujnym, w stanie morderczej gotowości. A jednak, gdy opowiadam o sobie tym co znają dobrze losy Kasi Pepper, mówią
„Napisałaś sobie to życie. Jesteś Kasią Pepper.” 

Jestem tutaj niespełna pół roku. Erotycznych przygód jest więcej niż sześć. Londyn otwiera się przede mną. Jest hojny, promiskuitywny i zaskakująco bezpieczny.
D. ma czekoladową skórę i niebieskie włosy. Wychowała się na dalekich, południowych przedmieściach Londynu. Jest bardzo, bardzo młoda, myślę najmłodsza ze wszystkich moich kochanek. Pokazuje mi swoje wiersze publikowane na tumblrze i zachwyca się moją nową fryzurą zrobioną przez praktykantkę w british vouge. Jej cipka smakuje jak mango lassie.

G. jest Australijczykiem i lubi się ze mnie podśmiewać. Boo hoo, baby is lost. – mówi gdy przyznaję, że nie wiem jak trafić do domu, w którym moglibyśmy pieprzyć się całą noc. Pokonujemy podwójne zasieki ogrodzenia Hyde Parku. Całkiem zadowoleni z siebie maszerujemy przez ogromną pustą, przestrzeń. Come on, I’ll show you my kissing tree. Zgarniają nas gdy zaczyna przed oczami migotać woda The Serpentine i radiowozem grzecznie odwożą pod samą bramę przy Hyde Park Corner. G. bierze mnie pod triumfalnym łukiem Wellington Arch. Przejeżdżające samochody i falujący na żółto brązowo Londyn, świadomość bliskości domu w którym śpi królowa, sprawiają, że szczytuję jak nigdy dotąd. Powtarzamy łóżkowe wygłupy jeszcze dwukrotnie, ale G. nigdy nie będzie w stanie powtórzyć swojego pierwszego występu, więc znika jeszcze szybciej niż się pojawił. 

T. jest młodziutkim, przepięknym francuzem, na którego mam crusha od kiedy tylko poznaliśmy się przez wspólnych znajomych. Jest strasznie dużo chemi, ale zachowuję dystans, w końcu nie pójdę do łóżka z kimś, kto ledwo co może legalnie kupować alkohol. Więc zanim się obejrzę T. jest moim bardzo dobrym kumplem. Zanim się obejrzę wychodzimy co wieczór razem. Zanim się obejrzę zostaję przyciśnięta do ściany i nie mam nic do powiedzenia. Przez cztery godziny całujemy się w miękkiej mżawce, odbijając się od ścian muzeów i kamienic, po tym jak wygonili nas z metra. Od pierwszych sekund wiem, że ta chwila jest wspomnieniem, które zachowam do końca życia. Jakby nikt nigdy nie całował mnie do tej pory, jakby nikt nie potrafił tego zrobić w ten jeden, prawidłowy sposób. Mam znowu czternaście lat i mokre majtki. Wszystko spręża się i wystarczy, że T. muśnie mnie między nogami, a dosłownie eksploduję. Rozpadam się na tysiąc pomarańczowych kropel i jeszcze nigdy tak bardzo, jeszcze nigdy tak szybko. Londyn i bezczelna młodość to najlepsze afrodyzjaki. Mija kilka nieznośnych i neurotycznych dni pełnych intensywnej masturbacji, aż wreszcie lądujemy w moim cichym, białym pokoju. Gdzieś w okolicach mojego czteroosobowego łóżka, wystarczy kilka pocałunków w szyję żebym zaczęła się skręcać w przedorgazmowy supełek. Strasznie dużo chichoczę i śmieję się. Cały czas uśmiecham się. Po orgaźmie za każdym razem wybucham radosnym śmiechem małej dziewczynki. Gdy potem leżymy nadzy na łóżku i palimy jointy, rozmawiając o jakiś głupotach typu festiwale, sushi i wellies with bikinis, przez głowę przechodzi mi klarowna myśl. Może to jest to. TO. To czego potrzebuję. Dużo (bardzo dużo) młodszy, piękny, naturalny feminista (stado starszych sióstr), głupiutkie ciasteczko, które w życiu przeczytało może ze dwie książki, który po nocy będzie dla mnie gotował nosząc tylko fartuszek, godzinami wylizywał mi cipkę i zrobi mi dziecko, gdy wyprowadzimy się do jakiegoś cieplejszego, bardziej przyjaznego kraju. Czy tego naprawdę chcesz Franciszku? Odpowiedź daje mi dużo ulgi. Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie ten. Następnym razem.

P. jest Irlandczykiem, a jego transseksualna żona jest Filipinką. Jak większość ludzi w tym mieście nie mogą się zdecydować czy bardziej chcą mnie wypieprzyć czy może wolą się mną zaoopiekować. Ukradkiem wkładają 20 funtowe banknoty do kieszeni mojej chłopięcej kurtki. Zabierają mnie na wycieczkę do najbardziej znanego trans baru w Londynie. A. jest chłodna i gładka jak powierzchnia szkła. Jest ambiwalentna, dominująca i submisywna jednocześnie. Przyprawia mnie o zawrót głowy bo wszystko co wiem o kobietach i mężczyznach, o dziewczynkach i chłopcach, co wiem o sobie samej, własnie poszło się jebać. A. jest pełna transcendencji i nosi bieliznę utkaną z błyszczących, pajęczych nici. Bardzo podnieca ją gdy pojawiam się na progu jej domu na bosaka, ze stopami mokrymi od english summer rain, w cienkiej, szarej sukience. Pod sukienką nie mam nic. Naprawdę nie mam nic a nic. Żadnego serca. Żadnej myśli. Żadnej Katarzyny Frank. 

S. każe mówić do siebie Master. Zwracam się do niego Sir. Ma szafę wypełnioną skórzanymi gadżetami, w której nie znajduję nic dla siebie. Proszę żeby zabrał mnie do jednego z najstarszych sklepów z akcesoriami do jazdy konnej. Zapach skóry odurza mocniej niż fajkowy tytoń. S. to znudzony city boy, z samochodem o otwieranym dachu, z zawiązującym się piwnym brzuszkiem, z ambicjami sięgającymi sterylnego, do zerzygania mieszczańskiego Richmond. Umie podwinąć rękawy oślepiająco białej koszuli w sposób w jaki lubię. Umie mnie drażnić małym palcem, który ugina się pod ciężarem pretensjonalnego pinky ring. Są parasolki i parasole. Są ciastka nakładane szczypczykami. Są konie, których nie można ujeżdżać na oklep nawet w najgłębszej mgle. Są bbc proms, dr who i derby. Zabiera mnie do miejsc, w których czuję się mała i brudna i nagle zapominam jak się prawidłowo używa posrebrzanego, cienkiego widelca. Pokazuje mi ubrania, których nie chcę nosić. Pokazuje mi widoki, które mam gdzieś. Stara mi się zaimponować światem, który mnie nie interesuje, może dlatego, że ten świat nagle stał się dostępny. Nie mogę uciec od wrażenia, że to nie jestem ja. To jest Kasia Pepper pieprząca Barnabiego Smitha w koktajlowym fraku na zasłanej szkłem podłodze. I jeszcze nigdy tak bardzo nie pragnęłam zabić Kasi Pepper.

I wciąż wracam po zmroku do domu. I wciąż nie mam na nic czasu. I wymiotuję na środku Oxford Circus, podczas gdy dookoła mnie stukają wypolerowane obcasy prawdziwych Angielek. Już w trakcie jednej przygody ekscytuję się następną. Łatwo pogodziłam się z faktem, że nie jestem porządna i już nigdy nie będę. Nigdy nie będę gotowała dla swoich mężczyzn i zawsze będę zapominała o urodzinach swoich kobiet. Jestem promiskuitywną, biseksualną, submisywną szmatą. Czytam za mało książek i oddaję się zbyt łatwo. Ale naprawdę żyję. Żyję, nie projektuję życie. Żyję na tysiąc różnych sposobów zapominając o dekonstrukcji świata subtekstu. Wciąż lubię siadać na schodach Trafalgaru i wspominać początki gdy było zimno, szaro, przytłaczająco i fascynująco aż do granic zdrowego rozsądku. Teraz, gdy nie jest to już tylko kwestia przetrwania, można swobodnie eksplorować i zapadać się co raz głębiej. Teraz, gdy wreszcie jestem tutaj w domu.

Jadę doubledeckerem i słucham Morriseya. It takes guts to be gentle and kind. Przez muzykę przebija się rozmowa dwóch dziewczyn. Są mniej więcej w moim wieku. Mają długie włosy, jedna z nich nosi czarny melonik, druga złotą obrożę. Nie muszę się pochylać, żeby wiedzieć, że mają obcisłe sukienki i buty o grubych obcasach, w których ich cienkie kostki wyglądają jakby zaraz miały się złamać. Piją Jagera z gwinta i jedna z nich mówi; 

You will love her. She is just like us. Like every girl in London. Crazy and lusting for love.

I ta poczochrana dziewczyna w trampkach, która siedzi za nimi, ta w chłopięcej kurtce i kocich okularach przeciwsłonecznych, ten piegowaty aspirujący rudzielec, zaczyna się strasznie śmiać. Rechotać głosem zachrypniętym od dunhills & guinness pintes. Po poszukiwaniach miłości aspirującemu rudzielcowi została tylko czerwona szminka, bez której wciąż nie może się obejść. Katarzyna Franciszek odnalazła swój true romance, swój najprawdziwszy ze wszystkich romansów. Ma na imię Londyn.

I w sumie tak mogłybyśmy zakończyć lipshit bloga, czyż nie?